Zawsze chciałam być taką meduzą mówiącą miękkim głosem.
(Katarzyna Bonda)
Chciałabym mieć kruczoczarne włosy, smagłą cerę i łydki korespondujące z rozkloszowanymi sukienkami w zielone grochy. Niestety, łatwość opalania się odziedziczyła po tatusiu siostra. To ona może usiąść ledwie na chwilę w letnim słońcu i już wygląda jak wycięta z brazylijskiego serialu, w którym apetycznie pulchna Ana Sofia Maria Inez Sanchez Garcia nie ma ani grama widocznego cellulitu, choć na pierwszy rzut oka widać, że zdrowa żywność jej nie kręci. Na szczęście, całkowitą białość po mamie przejął brat. Ja plasuje się gdzieś pośrodku i przy każdym pobycie na plaży nie tracę nadziei, że jednak uda mi się nabrać kolorków zbliżonych do brązu zanim powali mnie słoneczny udar. Czarne włosy zafundowałam sobie ostatnio przez zupełny przypadek i, choć w szkółce prawili mi, że wyglądam zadziwiająco dobrze, ja zadziwiająco jednomyślna byłam w tej materii z Narcyzem: czerń nie jest nowym brązem i dodaje mi siedem lat do wieku a odejmuje sto sześćdziesiąt siedem koma dziewięćdziesiąt osiem punktów od i tak mizernej atrakcyjności. Nad łydkami nieustannie pracuję. Staram się przynajmniej, bo aktualnie zniechęca mnie żołądek wypchany makaronem z sosem pomidorowo-warzywnym; raczej błaga mnie o sjestę niż fizyczne dokonania, rower więc jeszcze dziś pordzewieje przed blokiem a kijki jeszcze intensywniej obroną kurzem. W zamian pójdę na łatwiznę i zaparzę sobie książęcą herbatkę dla ludzie szczególnie dbających o linię, i wypiję aż dwa kubki, a może nawet i sześć.
(Katarzyna Bonda)
Chciałabym mieć kruczoczarne włosy, smagłą cerę i łydki korespondujące z rozkloszowanymi sukienkami w zielone grochy. Niestety, łatwość opalania się odziedziczyła po tatusiu siostra. To ona może usiąść ledwie na chwilę w letnim słońcu i już wygląda jak wycięta z brazylijskiego serialu, w którym apetycznie pulchna Ana Sofia Maria Inez Sanchez Garcia nie ma ani grama widocznego cellulitu, choć na pierwszy rzut oka widać, że zdrowa żywność jej nie kręci. Na szczęście, całkowitą białość po mamie przejął brat. Ja plasuje się gdzieś pośrodku i przy każdym pobycie na plaży nie tracę nadziei, że jednak uda mi się nabrać kolorków zbliżonych do brązu zanim powali mnie słoneczny udar. Czarne włosy zafundowałam sobie ostatnio przez zupełny przypadek i, choć w szkółce prawili mi, że wyglądam zadziwiająco dobrze, ja zadziwiająco jednomyślna byłam w tej materii z Narcyzem: czerń nie jest nowym brązem i dodaje mi siedem lat do wieku a odejmuje sto sześćdziesiąt siedem koma dziewięćdziesiąt osiem punktów od i tak mizernej atrakcyjności. Nad łydkami nieustannie pracuję. Staram się przynajmniej, bo aktualnie zniechęca mnie żołądek wypchany makaronem z sosem pomidorowo-warzywnym; raczej błaga mnie o sjestę niż fizyczne dokonania, rower więc jeszcze dziś pordzewieje przed blokiem a kijki jeszcze intensywniej obroną kurzem. W zamian pójdę na łatwiznę i zaparzę sobie książęcą herbatkę dla ludzie szczególnie dbających o linię, i wypiję aż dwa kubki, a może nawet i sześć.
Nie chciałabym być kucharką, mieszkać w chmurnym zamku i wdzięczyć się do obiektywu na ściankach oklejonych reklamami kostki brukowej i soli do stóp. Ledwie minęły najgorsze upały, dopiero co trwa drugi chłodniejszy dzień, a ja już przesiaduję w zimowych skarpetach, okutana w kraciasty koc. Mogę sobie narzekać na skwar, wolę jednak brać siódmy zimy prysznic niż mieć wrażenie, że dopiero piąty sweter i siedemnaste rękawiczki pozwolą wreszcie przestać czuć mróz. Mimo iż zamki o grubych murach kryjące księżniczki o przezroczystych licach wypalają w mojej wyobraźni romantyczne znamiona, za nic nie zamieniłabym się z nimi na mój jednak nie taki przemarznięty blok. Słońce za chwilę zacznie wpadać mi przez okno, książęca herbatka rozgrzeje kości, pomarzę o walijskim Caernarfon albo o wrzosowiskach ukrytych wśród szkockich wzgórz. W kuchni spędziłam dziś kilka godzin, a wydaje mi się, jakbym tam spędziła wiek. W kuchni czas dłuży mi się niemiłosiernie, choć stworzony właśnie przecier z pomidorów łatwiejszy jest w przygotowaniu niż wpis na niniejszy blog. Znudzona jestem niczym najbardziej nieruchawy mops, kiedy Narcyz katuje mnie opowieściami o wietnamskim salcesonie, goni do kuchni, bo tu i teraz ma smak na tahini, mojo rojo czy jakiś inny liliowy sos. Nie cierpię ucierać, zagniatać, faszerować, cedzić czy siec. Nie robię też zdjęć jedzeniu, sobie zresztą też raczej nie. Celebrytką byłabym marną, wiecznie czułabym, że rozmieniam na drobne swój cenny czas, choć być może przebieranie się dwusetny raz w tygodniu, siedemsetny uśmiech dla fotoreporterów i czterechsetne zdjęcie na Instagramie są trendy, jazzy i cool. Jednak w czasach, kiedy kolejna Anna, Ewa czy Małgorzata wyskakuje mi natrętnie z lodówki i patrzy na mnie wyczekująco z okładki poradnika, spasuję i sięgnę po kolejnego Kereta. On mi nie narzuca, jak powinnam żyć. On pięknie swoją zwyczajność opisuje. Bez kazań, puszenia się i rad.
Głupio mi to pisać, ale ja już nie chcę niczego zmieniać. Chcę mieć to, co mam, łącznie z dodatkowymi kilogramami, które tracę i odzyskuję. Łydki zasłaniam. Przyszła mi ochota na drobny zabieg z medycyny estetycznej, ale lekarz odradził: "nie ma pani żadnej zmarszczki, a ingerencja jest ingerencją". Przyszedł (pewnie odejdzie, ale na razie jest) taki czas, że chcę być sobą tu i teraz. Zmieniłabym może kolor włosów, na jakiś możliwie idiotyczny, ale jestem na to zbyt leniwa - odrosty, specjalne szampony... Nie chcę być celebrytką, nie chcę mieć konta na instagramie, nie chcę być partnerką celebryty, nie chcę być znana, nie chcę niczego zmieniać - chwilo, trwaj,
OdpowiedzUsuńA co do meduzy mówiącej miękkim głosem... Nie wiem, na ile jestem meduzą, ale mój głos bywa określany jako: "miękki", "miły", "łagodny". Ja bym tak nie powiedziała, ale inni mawiają.
W ogóle wrzucanie fotek z tym, co ugotowałam, zjadłam, włożyłam na siebie, kupiłam etc. zwykle mnie bawi. Nie widzę siebie w takiej sytuacji. Ale jestem pełna tolerancji ostatnio - skoro ktoś uważa to za ważne OK:)
Wiesz, ja mam odwrotnie, wolę setny koc od setnego prysznica, ale być kucharką, czy mieszkać w zamku też bym nie chciała;)
Mądry post, tanyu. Bardzo. Dzięki:)
Dlaczego głupio, kochana?
UsuńJa po prostu mam czas, kiedy chciałabym się za kimś schować, bo ostatnio jestem non stop na froncie...
na szczęście moja rodzicielka była przez teściową w pierwszej ciąży pojona sokiem z marchwi świeżo wyciskanym z PRL-owskiej sokowirówki. Stąd moja cera jest niczego sobie. W czasie gdy zdaje mi się, że jestem zimą biała mam tak naprawdę odcień brązu jakiego przysłowiowa córka piekarza nie nabywa nawet na Dominikanie w 40 stopniach upału leżąc jak na ruszcie miesiąc. Nie mam zatem co narzekać. Suknie w grochy mogłabym a i owszem bo łydki u mnie cudnie się prezentują ALE ... niestety do grochów to mam za krótkie nogi ... też zatem nie mogę i nie gustuję.
OdpowiedzUsuńKuchni jak Ty nie znoszę dlatego z pomidorów, śliwek i innych cudów lata przetworów nie robię. Mobilizuję mamę, żeby ona zrobiła i dała słoiki :D
A co do kurtek czapek itede itepe to może to tarczyca ??? ja tak miałam nim zaczęłam zażywać dragi na niedoczynność. Zakładałam skarpety przy 23 stopniach w domu i leżałam latem pod polarkowym kocem. Teraz jadam leki i jakoby mi przeszło. Koc i babcine bambosze wyciągam na jesień nim się zaczyna sezon grzewczy. Może coś jest na rzeczy ???
Moja mama jest biała jak dobrze wyprane prześcieradło, ojciec na ciemną karnację. Cóż, natura obdzieliła mnie raczej mamusiną.
UsuńGrochy w sumie są opcjonalne, inspirowałam się w tej wizji książką. Beznadzieją, swoją drogą. Tylko te grochy mi utkwiły, reszta poszła do kosza zapomnienia.
Te pomidory to jakiś jednorazowy wybryk. Sto lat temu próbowałam z dziadkiem zrobić sałatkę z ogórków i buraki. Stricte według babcinego przepisu. Jej wychodziły pyszne, nasze poszły, cóż, znów do kosza.
Hmm, ja ciśnienie mam niczym trup: niskie, nawet kiedy ktoś koniecznie chce mi je podnieść. Wściekam się, bom choleryczka, a ciśnienie nie zwyżkuje.
ja mam ciśnienie książkowe raczej z tendencją właśnie do niskiego niż wysokiego
UsuńWysokie miałam z podstawówce. Aż pielęgniarka zapytała, czy pallę, choć wtedy wiedziałam, co to papieros tylko dlatego, że rodzice byli smokami.
UsuńJa nie mam problemu z opalaniem. Tanya, musisz na siłę nabrać brązu? Odpuść sobie :))
OdpowiedzUsuńHm... z kucharzeniem się zgadzamy. Nie znoszę stać przy garach, nie mówiąc już o pichceniu. Ale jak trza, to trza. Żołądka nie oszukasz. Podziwiam osoby miłujące kuchnię. To jest jakby hobby nie do odrzucenia. Pozdrawiam.
Spokojnie, do solarium mnie wołami nie zaciągną :))
UsuńTak, ten mus w kuchni jest najmniej do zniesienia.
Dużo bym dała by mieć jasną cerę, ale na złość słońce mnie lubi. Z natury jestem ciemnej karnacji. No nie! Nie mulatka... taki lekko oliwkowy kolor. Lubię jasną karnację, bo od takiej się nie starzeje tak szybko. Przezywali mnie cyganichą, ech... i wcale mnie to nie pochlebiało.
UsuńSolarium...? Nie wysyłałam cię tam, hi hi.
Zazdroszczę więc! Skłonność do niestarzenia się za szybkiego odziedziczyłam szczęśliwie po babci :)
UsuńPodobno opalenizna zdrowo wygląda ;p
OdpowiedzUsuńNigdy nie lubiłam smażyć się na słońcu, więc obecny zakaz, właściwie mało mnie obszedł. Gorzej, że ostatnio odczuwam bardziej zimno, szczególnie w stopy, a ja tak lubię boso...ech...
Na głowie akceptuję to co mam, i raczej już nie dam się skusić na dodatkową chemię, czy inne bardziej naturalne koloryzacje. I powiem, że podoba mi się ten coraz szerszy trend, natury na głowie ;p
Gotowanie, kiedy nikt od ciebie tego nie wymaga, ani nie-gonisz z czasem, bywa zupełnie znośne - właśnie tego doświadczam. Nie żebym je od razu polubiła, ale ciut zmieniłam stosunek do niego ;p
Też nie znoszę się smażyć, choć ostatnio wyjątkowo często nad wodami wszelkiej maści skwierczę. I nawet mi skóra czerwona jak rakowi się nie robi i za całego cielska nie schodzi.
UsuńKuchenna codzienność męczy. Co innego celebracja od czasu do czasu.
A siwki wyłażą mi coraz częściej. Kiedy nie chce mi się iść do fryzjera, farbuję własnym sumptem, co skutkuje niechcianą czernią ;)
Jak byłam mała, to marzyłam, że pewnego dnia się obudzę i nie będę miała już tych czarnych włosów i tej ciemniejszej skóry i stanę się bladą blondynką, tak jak większość moich koleżanek. Jak bardzo się cieszę, że dziecięce zaklinanie rzeczywistości, w tym wypadku, nic nie dało ;) Teraz zaklinam od czasu do czasu, by jednak pokochać gotowanie. Czasem lubię, ale jak się tak głębiej nad tym zastanawiam, to w sumie, nad tymi garami, to jakaś strata jest.
OdpowiedzUsuńO, ja blondynką nigdy nie chciałam być. Za to miałam fazę na rudowłosą pieguskę. Ale czerń zawsze najbardziej mnie kręciła. Przynajmniej póki nie zaczęłam mieć jej na głowie :)
UsuńMoja mama mówi, że tabletki powinny być i zgadzam się z nią całym sercem - "zamiłowanie" do gotowania odziedziczyłam zdecydowanie po niej, w domu ojciec gotował weekendowo, a w dni powszednie stołowaliśmy się na szkolnej stołówce. Od czasu do czasu chętnie zjadłabym coś na smak, ale z tych tabletek pewnie korzystałabym nader skwapliwie.
Przypomniałaś mi jak bardzo nie lubię gotować. Lubię dobrze zjeść, ale stać nad garami nie cierpię. I przypomniałaś mi też, że od dziecka marzyłam, żeby być sławną pisarką. Nie o domku z białym płotkiem i labladolkiem, tylko właśnie o karierze pisarki. Heh...
OdpowiedzUsuńHa, też marzyłam o pisarstwie. Bazgrałam jakieś tam powieści nawet i całkiem długie mi wychodziły, o dziwo. Teraz tylko jakieś miniatury mi się w głowie roją, dzieła z tego nie będzie, ech...
Usuńhttps://www.youtube.com/watch?v=kvNLXJ1I75E
OdpowiedzUsuńI tyle, Tanyu.
Sciskam, całuję i zapraszam
Gwiazdką z nieba też bym nie pogardziła ;)
UsuńPo to blog, by się odrealnić. Reality bites, aktualnie.
Tanyu, na miłość boską, kiedyś nabawię się przez Twoje posty kompleksów.
OdpowiedzUsuńKim jest ta Ana Sofia Maria etc.etc.? Nic nie wiem o żadnym walijskim zamku(?)Caernarfon. Jak smakuje salceson wietnamski? Czy się go robi z inteligentnych świnek wietnamskich?
Musiałabym tego wszystkiego szukać w internecie, a mi się nie chce, bo trwa Memoriał Kamili Skolimowskiej.
Masz marzenia jak moja córka, która zazdrościła urody Latynoskom.
Co do gotowania to znam Twoje "talenty" w tej dziedzinie. Jedynie pamiętam, że potrafisz nagotować gar rosołu na cały tydzień, a to już dużo. Już od stuleci nie robię przecierów pomidorowych, wolę kupować gotowe w puszkach czy słoiczkach.
Buziaczki bez żadnych fanaberii w kwestii urody.
Aniu, Anę Sofię i tak dalej zwyczajnie wymyśliłam. Zamek jak zamek, nazwa przykuwająca uwagę, a salceson wietnamski wynalazł Narcyz w internetach - specjalizuje się w takich dziwactwach.
UsuńPo ponad dwóch latach bytności z Narcyzem moje talenty kulinarne rozwinęły się nieco, co nie zmienia faktu, że radości nie sprawia mi to w ogóle. Przecier zrobiłam inspirowana (nie)teściem i ilością pomidorów przywiezionych ze wsi.
Buziaczki nie w sosie, ale o tym później.
Tanyu, tak myślałam, że tę Anę Sofię wymyśliłaś. Dzisiaj w necie nareszcie wyczytałam, jak się smaży cukinię, bo syn już zamarynował kilkadziesiąt słoiczków cukinii, kabaczków i patisonów i więcej nie chce.
UsuńOkazuje się, że panierowana cukinia to żadna filozofia i jutro ją usmażę do obiadu, tylko że wcześniej zrobiłam cały szybkowar bigosu, który musimy zjeść.
Dobrze, że zrobiłaś ten przecier, bo szkoda, aby pomidory się zmarnowały. Kiedyś ktoś mnie namówił, abym wekowała przecier w piekarniku i gdy wybuchł mi jeden słoiczek, zaświniając cały piekarnik, powiedziałam "dość", żadnych przecierów.
Buziaczki po zapowiadanej burzy, której wczoraj w nocy nie było.
O, smażyłam kiedyś cukinię i nawet mi wyszła. Przynajmniej na mój smak.
UsuńJa bym się nie odważyła włożyć czegokolwiek w słoiku do piekarnika. Nie żebym była taka biegła w kuchni, raczej ze strachu, oczywiście.
Buziaczki w zimowych skarpetach.
Kochana!
OdpowiedzUsuńZnów mi coś "zjadło" tekst i to klika razy!
A ja lubię gotowanie, filtrowanie(nalewek), pitraszenie i pieczenie.
Nie chcę kruczoczarnych włosów, choć kolorów miałam już wiele.
Nie przepadam za gorącem, tzn opalaniem. Wolę siebie bladą, w moim wieku nawet lepiej.
Zostawiam pozdrówka serdeczne:)
To ja nie wiem, co z tym moim blogiem się dzieje, Morgano :)
UsuńWiem, że Ty lubisz pitrasić i rodzinne podniebienie dopieszczać. Ja pochodzę z linii kobiet nieprzepadających za gotowaniem. Moja babcia wprawdzie robiła przetwory, ale raczej zmuszona sytuacją niż zamiłowaniem. Mama najchętniej nie gotowałaby wcale.
Też nie lubię skwierczeć na słońcu, ale nad wodą jakoś znoszę.
to chyba jakaś plaga - ja też boję się zaglądać do lodówki bo a nuż wyleci z niej Agata, Mroczek czy inna Katarzyna i będą mnie zachęcać (nagabywać) do przejścia na dietę bez-czegoś. lubię gotować ale proste dania, nie wertując sklepowych półek w poszukiwaniu melonów i limonek ;) moje włosy są prawie białe więc muszę je farbować. ale się nie spinam, dojrzała jestem i nic nie muszę. widzę że Ty podobnie :)
OdpowiedzUsuń...i będą twierdzić, że mają wszelki patent na wszelkie racje. Uhhh! Ileż można?
UsuńTak, okazuje się, że też nic nie muszę, bo aktualnie kolor mam jak najbardziej okey, za to prosta linia fryzury pozostawia wiele do życzenia, ale trudno: nie będę biegała po fryzjerach, zrzucę winę na moją nieumiejętność uczesania się ;)
W czerni nikomu nie jest dobrze;p Naprawdę nie wiem jak komuś się mogą podobać czarne włosy xD Ciemny brąz, ok :D Ale czerń? :D
OdpowiedzUsuńTeż tak myślę: w czerni dobrze tylko urodzonym czarnulom. A ja nareszcie mam na głowie nie za ciemny brąz :)
UsuńSuper! :)
OdpowiedzUsuń