To był najbardziej stresujący egzamin w moim życiu, wyklarowała mi A., kiedy grzałyśmy się u niej styczniowym popołudniem. Właśnie świadkowałyśmy całkiem sporej grupie szaleńców, którzy wykuli sercowatą przeręblę w skutym lodem zalewie i zanurzyli się w wodzie po same uszy, podczas gdy mnie zamarzały dłonie, bo zapomniałam zabrać rękawiczek. Kilka miesięcy wcześniej Narcyzowie w końcu udało się namówić mnie na kurs prawa jazdy, choć odwlekała tę chwilę ile tylko się dało z zupełnie niezrozumiałych powodów. A to pieniędzy było szkoda, bo przecież w pipidówce wszędzie się da dotrzeć na piechotę albo na rowerze. A to nie uniknę jazd z uczniami i stresować się będę nieperfekcyjną zmianą biegów i panikowaniem w sytuacjach, kiedy na ulicach świętego miasta zbierze się tłum samochodów. A to znów zwyczajne niechciejstwo mnie ogarniało na myśl, że przestanę być wożona i w zakupach wyręczana, i sama będę musiała zasiąść za kierownicą, by pojechać po mydło i powidło. Wreszcie stało się. Pan instruktor, którego znałam i nie znałam - jest ojcem jednej z byłych wychowanek, ale na wywiadówkach widywałam się z matką - wsadził mnie do auta, byśmy przewieźli się po pipidówce i sprawdzili, czy z drogi nie wypadam. Nie wypadałam, bo wcześniej Narcyz nauczył mnie jako tako trzymać się własnego pasa i od biedy operować biegami. Pierwszy wypad do świętego miasta zaliczyłam z aktualnym uczniem, co było o tyle stresujące, że małolat dryg do jazdy miał, a ja pogubiłam się kompletnie na dwupasmowym rondzie położonym niefortunnie przy samym do miasta wjeździe. Potem okazało się, że nie taki diabeł straszny w porównaniu z placem manewrowym i sytuacją, w której jadący przede mną samochód ześliznął się na sąsiedni pas w dniu, w którym droga była tak oblodzona, że autobusy miejskie stanęły na poboczu, a autobusy międzymiastowe blokowały ronda, bo w żadną stronę ani rusz. Tak czy inaczej, dość bezboleśnie przebrnęłam przez skręt w lewo, niewidoczne w lusterkach tramwaje i bez prawa jazdy kierującego jedną ręką czarne BMW gówniarza, który uprzednio nie zdał kilku egzaminów, a podczas kursu chciał koniecznie w naszym towarzystwie zginąć pod ciężarówką. Dotrwałam jednak do egzaminu. A nawet dwóch. Za pierwszym razem ponoć przejechałam zbyt blisko stojącego na poboczu samochodu. Ponoć, bo akurat w momencie omijania pojazdu przeżywałam atak zaćmienia umysłu i grzechu swojego nie pamiętam. Druga próba nastąpiła kolejnego dnia i był to pomysł szalenie trafiony, choć wielu mówiło mi, żebym zrobiła sobie przerwę na ochłonięcie. Zupełnie się nie znają. Moim egzaminacyjnym marzeniem bowiem właściwie by była sytuacja, w której instruktor zawozi mnie pod ośrodek i mówi, że tym razem wcale nie stajemy tu na kawę, a będą testować moje umiejętności wciąż wcale jeszcze nie kierowcy. Tak więc za drugim razem z miejsca wcieliłam się w rolę blondynki z kiepskich kawałów. Już mnie pan egzaminator wylegitymował, już mi przedstawił zasady egzaminu, już wylosowałam, jakie światła i co spod maski mam zaprezentować. Łatwizna, wydawałoby się, ale dlaczego maska nie chciała się otworzyć? Pan spojrzał na mnie z pobłażaniem, co wyrwało na chwilę mnie z otumanienia, dzięki czemu mogłam zasiąść za kierownicą, wrzucić jedynkę, powoli puszczać sprzęgło, jednocześnie delikatnie naciskając gaz i stwierdzić, że samochód nie jedzie. Bieg był, sprzęgło mi się z hamulcem nie pomyliło, ręczny zluzowany, więc zaczęłam zabawę od nowa, a auto, choć wyło, ani drgnęło. Ki diabeł? Postanowiłam dla odmiany wcielić się w skórę rajdowca i wreszcie egzaminator się doczekał: łuk poszedł prawie jak z płatka, choć w pewnym momencie kompletnie nie wiedziałam, co robię; pod górkę wjechałam po chwili wahania, potrzebnego, by uspokoić drżenie nóg; na osiedlowym parkingu udało mi się uniknąć elek, co poczytuję sobie za cudowne zrządzenie losu, bo nie ma nic gorszego niż dwóch niezdecydowanych początkujących kierowców zwróconych bagażnikami do siebie i żaden nie decyduje się ruszyć, po czym obaj zaczynają cofać jednocześnie; przy wyjeździe prostym jak 2+2 pozwoliłam sobie wjechać w zaspę; łut szczęścia przyświecił mi również podczas wciskania się na lewy pas, bo skręcić trzeba było, a żaden z doświadczonych, wiecznie spieszących się kierowców nie był łaskaw wpuścić zestresowanej zdającej. A. nie myliła się ani odrobinę: to był najbardziej stresujący egzamin w życiu. O wiele bardziej wpędzający w panikę niż podróż do wojewódzkiego miasta z prawie teściową na tylnej kanapie. O wiele bardziej podnoszący ciśnienie niż pierwsza samodzielna podróż na komunię córki brata. O wiele bardziej wywołujący przyspieszone bicie serca niż wyjechanie z parkingu pod supermarketem w dniu pospolitego ruszenia spowodowanego dwoma wolnymi dniami. O wiele bardziej stresogenny wreszcie niż alkotestowanie dzień po odebraniu dokumentu, bo dmuchnie pani, bo jedzie coś pani tak podejrzanie powoli.
Ech... aż mi się przypomniały moje egzaminy. Pierwszy, na którym szło mi genialnie aż do momentu idiotycznego wymuszenia pierwszeństwa, i drugi, po którym wyszłam z auta niczym mokry szczur. Na czym zdawałaś? W sensie na jakim bolidzie? :) Ja do tej pory (odkąd wyszłam z egzaminacyjnej kii) tęsknię za azjatami. Kocham yariskę, ale niestety nie było mnie stać, żeby ją kupić. Ech, może kiedyś.
OdpowiedzUsuńNajgorzej oblać z idiotycznego powodu. Na kursie ani razu nie zdarzyło mi się nie zachować odległości. Cóż...
UsuńKursowałam się i zdawałam na Suzuki Swift. Teraz pomykam Chevroletem Aveo.
O mateńko...jestem jednak za, aby zdawać od razu jak wiek się osiągnie, bo to żadnego stresu, tylko wielkie zdziwienie, że to już :) Fakt, ponad 30 lat temu były inne warunki ;p ( o ABS nikt nie słyszał, czy o wspomaganiu kierownicy, za to mniejszy ruch nawet w mieście wojewódzkim) Ale i wtedy nie zdawali wszyscy za pierwszym razem- mnie się udało:)
OdpowiedzUsuńNie wiem, nie wiem, Roksanno: ci młodzi, z którymi jeździłam stresowali się strasznie. Pewnie bardziej niż mnie im zależało. Ja w sumie żyłam 20 lat bez prawa jazdy, więc jakoś bym przełknęła dalsze nieposiadanie. Największym motywatorem była kasa, bo ileż można WORDowi zapłacić? ;)
UsuńKoleżanka, która zdawała 20 lat temu, musiała przejechać kilka kilometrów po pipidówce. Pryszcz! Ona jeździ, ale znam wiele takich, które wtedy owczym pędem zrobiły i za kierownicą więcej nie siadły.
W sumie to domyślam się, że ten mój stres głownie wynikał z tego, że głupio by było wjechać cudzym samochodem w inny samochód, nie? Do tej pory trochę się jeszcze tym stresuję, bo jeżdżę autem Narcyza. Chwała mu, że mi użycza i że nawet za bardzo się nie wtrąca, więc muszę myśleć sama.
Tu masz akurat rację, że kiedyś w pipidówkach zdawali, a potem jak do miasta to na jego obrzeża i przesiadka na komunikację miejską- znałam takie :) Mam też koleżankę, która w tym samym czasie co ja nie zdała, potem poprawkowy już tak, a i tak nigdy nie wsiadła za kierownicę. I nie ma różnicy, że to duże miasto z wieloma rondami, w czasach gdzie w innych miastach rond nie było bo moda na nie przyszła dużo później- zwyczajnie stwierdziła, że co z tego że zdała, jak się źle czuje jako kierowca i już. Mam też koleżankę, która po mnie zdawała jakieś 10 lat, oczywiście w tym samym mieście, jeździ codziennie ale w trasę się boi. Nie lubi i już, bo nie czuje się pewnie. Dlatego teraz najbardziej korzystają ci kursanci, co do miasta wojewódzkiego mają kilkadziesiąt kilometrów, bo praktyka czyni mistrza :)
UsuńDobrze jest jak pasażer- nawet jeśli jest właścicielem auta- nie wtrąca się do jazdy :)
Tak swego czasu robiła moje Vice: do miasta na obrzeża, a potem miejskim. Teraz jednak jeździ wszędzie, nawet do śląskiej aglomeracji wjeżdża, choć tam auto na aucie i każdy jedzie jak struś pędziwiatr. Inna moja koleżanka natomiast po pipidówce jeździ jakby się w samochodzie urodziła i parkuje w takich miejscach, w które ja się nie wcisnę za dziesiąt lat, ale do większego miasta już raczej busem jedzie, bo strach.
UsuńFakt, wcale nie jest źle mieć daleko do miasta egzaminu: się człowiek trochę rozjeździ zanim w tłum wjedzie.
A właściciel strasznie się nad autem trzęsie, więc nieustająco mnie zadziwia, że tak mało się czepia :)
nie mam prawa jazdy. jakoś tak zawsze mi się powiada że ludzi nie lubię ale ich szanuję i dlatego jak na razie poruszam się rowerem (na mojej gminie) lub komunikacją miejską (w wielkich miastach). i znowu dygresja - to moje drugie wręcz imię - czy nadal mieszkasz w bloku czy wróciłaś do domku po babci?
OdpowiedzUsuńTeż ostatnio ludzi mam dość. Najchętniej rozwiesiłabym hamak gdzieś w głuszy i wszystkich miała w poważaniu. No ale przecież ich nie poprzejeżdżam z powodu niechęci, choć czasem kusi... ;)
UsuńNadal mieszkam w bloku i o powrocie nie myślę nawet.
ja to się boję że jakbym wsiadła do samochodu to bym tak przypadkiem zabiła ludzi bo bym się zagapiła ;) a dlaczego nie wyjedziesz w głuszę ? i takie pytanie - w Twoim mieście ile jest mieszkańców? u mnie w gminie tak ok. 5tys.
UsuńRaczej uważam. Choć mają szczęście, że nie za często pakują mi się pod koła - nie znoszę pieszych, którzy gapią się w telefon zamiast gapić się, czy jadę.
UsuńU mnie w mieście jest coś koło pięciu tysięcy, w gminie może z dziesięć.
mój tata też nienawidzi, szczególnie młodych ludzi, kaptur na głowie, słuchawki w uszach, zapatrzony w telefon i idzie pod koła. a tata musi uważać. e, to dosyć mało. czyli pewnie możesz się zagłuszyć w głuszę bez jeżdzenia tysiąc km :)
UsuńMoja Vice kiedyś jechała za moją wychowanką, która powoziła rowerem, a nos miała w komórce i prawie by pod koła innego samochodu wjechała.
UsuńFakt, głuszę mam pod nosem.
O moich wyczynach samochodowych można pisać tomy, ale wolę nie wyjść na większą idiotkę, niż....:)
OdpowiedzUsuńPo dwóch latach poddałam się i przerzuciłam na taksówki. Kosztują, owszem, ale utrzymanie samochodu też kosztuje. A tak - mam cały komfort jazdy samochodem, bez stresów samochodem. Ale ja mieszkam w największej wsi w Polsce, gdybym mieszkała w mniejszej, jak Ty - pewnie bym jeździła.
Teraz zresztą problem odpadł - biorę leki wykluczające prowadzenie pojazdów mechanicznych, a czasem mam wrażenie, że i roweru:) Na trzech kołach:)
...niż ja :))))
UsuńPowiem Ci, że chyba nigdy się tak idiotycznie nie czułam, jak wtedy, kiedy zapomniałam o tym dzyndzlu otwierającym przednią klapę.
No tak, w mojej wsi taksówki nie jeżdżą. Jeszcze dziesiąt lat temu jakaś jedna była, ale pewnie interes się w ogóle nie opłacał.Z tego co pamiętam, w końcowym okresie pan taksówkarz woził tylko szefową ośrodka zdrowia na wizyty domowe. Ileż można zarobić na jeden osobie? Inna rzecz jeszcze, że teraz każdy ma co najmniej jedno auto, kto by się więc w taksówki bawił. Czasem, kiedy późno wracamy, nie sposób pod blokiem znaleźć wolnego miejsca.
Kochana, ja od zdania egzaminu, w żadnym kolejnym aucie nigdy nie otworzyłam maski, w ogóle nie zaprzątając sobie głowy jakimś dzyndzlem. Nigdy nie wymieniłam oleju, nie nalałam płynu do spryskiwacza, o zmianie koła nie mówiąc- zresztą tylko raz złapałam gumę. Bo nie muszę, więc po co? ;p
UsuńTeż uważam, że ta wiedza mi w ogóle niepotrzebna. Od czego są mechanicy, tudzież faceci?
UsuńA już w ogóle, kiedy uczyłam się do teoretycznego, rozwaliło mnie pytanie, czy w miejsce żarówki ledowej można wkręcić ksenonową. Co to w ogóle jest żarówka, hę? ;))
Prawo jazdy mam od niepamiętnych czasów. Kiedyś pisałam o tym na blogu na Onecie.
OdpowiedzUsuńNiestety, już od 2001 roku nie jeżdżę, wszędzie wozi mnie mąż.
Wiem, co to stres egzaminacyjny, bo sama po włączeniu pierwszego biegu zapomniałam, że są jeszcze inne i gdyby nie egzaminator, to bym sobie o tym nie przypomniała i cały egzamin przejechałabym na jedynce.
Najważniejsze, że masz prawo jazdy i nie boisz się jeździć nawet do świętego miasta.
Niedługo tak się rozochocisz, że będziesz morsem w rękawiczkach.
Buziaczki bez wchodzenia do przerębli.
Biegi, o dziwo!, nie okazały się takie skomplikowane. I nawet od samego początku nie patrzyłam na gałkę, choć wydawało mi się niemożliwe zmienianie bez zerkania. Trochę mnie w sumie Narcyz przed kursem podszkolił i nawet szło nam to jako tako. Co też dziwne, bo on strasznie strachliwy jest i nawet kolegom nie chce samochodem pozwolić jeździć, a mnie, takiemu laikowi, wręcz wpychał.
UsuńMorsem zaś w życiu nie będę. Za żadne pieniądze. No, może za takie,co by mnie ustawiły do końca życia ;)
Buziaczki ze słoneczkiem i ćwierkaniem wróbli.
Tanyu, ja zdawałam egzamin na nowej warszawie, tzn. nie na garbusie. Tam biegi były przy kierownicy i za skarby świata nie dały się wbić. Już wtedy mieliśmy malucha, którego ujeżdżałam bez najmniejszych problemów.
UsuńOj, wyłączam się bo burza z piorunami.
Buziaczki!!!
O rany, biegów w kierownicy chyba bym nie opanowała. A warszawa mi się marzy. Albo syrena.
UsuńBuziaczki z bezchmurnym niebem.
Tanyu, przepraszam, ale musiałam szybko wyłączyć komputer z prądu, bo nadeszła czarna chmura i zaczęło błyskać i grzmieć. Ledwo zdążyłam wyciągnąć wtyczkę z prądu, jak piorun strzelił w pobliżu mojego domu. Zrobiło się czarno, a przez silny deszcz niczego nie było widać. Oczywiście znów zalało nam miasto, przejście podziemne na dworcu PKP zalało aż do sufitu.
UsuńNie ma nic gorszego niż wbijać biegi przy kierownicy, na szczęście instruktor mi pomógł.
Mój szwagier miał syrenkę, też z biegami przy kierownicy.
Buziaczki na razie pogodne, ale przy zbytniej wilgotności powietrza, co źle wpływa na moje samopoczucie.
U nas gdzieś tam błyskało na horyzoncie, ale przeszło bardzo bokiem. Wydaje mi się, że w nocy przez moment pokropiło, ale ledwo ledwo.
UsuńLubię samochody w starym stylu. Kojarzą mi się z niebyciem bardzo modnym, a modą jestem ostatnio zadręczana, więc mnie ona odstręcza. Z drugiej strony jednak, vintage jest ponoć na topie, więc... Ach, ładu i składu nie dojdziesz i nie nadążysz za tym wszystkim. Zwłaszcza wakacyjnie w ogóle mi się nie chce nadążać.
Buziaczki leniwe (jak zwykle w sumie).
Ciesz się, że burze Was omijają, a my jesteśmy na pierwszym ogniu, gdy z zachodu idzie nawałnica.
UsuńNasz seat jest już dość wiekowy, ale że dobrze się prowadzi, mąż nie chce go zmienić. Najbardziej brakuje mi w nim klimatyzacji.
Dziś słyszałam, jak Polacy chętnie kupują nowe samochody; ciekawe, skąd mają pieniądze, bo na pewno nie z 500+.
Buziaczki, oby nie przed kolejną burzą.
Omijają nadal, więc duszno jest niczym w piekle. Widziałam obrazki z burzowych miejsc i pewnie, że wolałabym uniknąć takich nawałnic, jednak jakaś mała burza by się przydała, bo nie da się żyć.
UsuńBuziaczki parne.
Witaj !
OdpowiedzUsuńNie mam Prawa jazdy ani auta i daję radę!
Tobie gratuluję i życzę szczęśliwych chwil w podróży:)
Morsem chyba mogłabym zostać, bo lubię chłód i nie marznę specjalnie.
Serdeczności zostawiam:)
Też dawałam, Morgano. Przez ponad dwadzieścia lat. I nie narzekałam w sumie. Ale skoro już mnie tak namawiał i namawiał, to dla świętego spokoju uległam :)
UsuńBrrr, ja chłodu nie znoszę, a co to dopiero o mrozach mówić!
najwazniejsze, ze do przodu :)
OdpowiedzUsuńPewnie! Plus chodzę dumna i blada, że od chłopaków - chojraków nie jestem gorsza ;)
Usuńnoooooooooo jakbym o moich perypetiach czytała :)
OdpowiedzUsuńGratuluję prawka. Dla mnie to też był jak do tej pory najgorszy w życiu egzamin. Tylko obyś teraz jeździła bo ja nadal jakieś 10 razy w roku i to do 10 km maksymalnie ha ha ha
Jeżdżę, jeżdżę. Ile tylko się da. Nadal się stresuję jak nie wiem co, kiedy do większego miasta wjeżdżam i klnę wtedy jak szewc, ale zaciskam szczęki i jadę.
UsuńPolluśka, znów poproszę o udostępnienie bloga. Wiem, wiem, trzy ze mną światy ;)
dawa maila :)
UsuńWitaj :) Jak mniemam miałaś niezłego stracha. I dobrze, że ja nie poszłam na prawko, bo mam paniczny lęk na większej przestrzeni. Jazdę mam w jednym palcu, ale...
OdpowiedzUsuńTanya, gratuluję odwagi. Pozdrawiam :)
ps. na wordpresa łatwo i szybko wejść.
Dzięki :)
UsuńTeraz najbardziej stresuje mnie miasto, w którym zdawałam egzamin. Zupełnie tak nie powinno być, bo tam przecież wyjeździłam kilometrów, że ho ho.
Ja również wspominam dzień egzaminu na prawo jazdy jako najbardziej stresujący w życiu i za nic nie chciałabym go powtarzać. Chociaż zupełnie inaczej jeździ się samochodem, w którym wiesz, że nikt za Ciebie nie zahamuje ;)
OdpowiedzUsuńNarcyz by pewnie za mnie nie wyhamował, dość rozkojarzony, kiedy ja jadę, jest ;)
Usuń