w styczniu
Sklasyfikowane u
przednówka aktualnego roku emocje bezczelnie wyłażą z przeznaczonych dla
nich przegródek, zrywają opisane misternie fiszki, sieją zamęt. Nie
gonię ich, nie wciskam z powrotem w skrzętnie oznakowane worki.
Przeciwnie, pozwalam im do woli wędrować od serca do brzucha i z gardła
do mózgu, wskutek czego w głowie króluje mi kompletny miszmasz. Zanurzam
się w błogiej bezmyślności, nie spieszę w przyszłość, żyję chwilą.
Chwilą porysowaną, popękaną, wymagającą sklejenia. Chwilą, która, taka
właśnie poobijana, piękna jest.
w lutym
Powinnam się niecierpliwić tkwieniem w stanie niezmiennego zawieszenia
między byciem a niebyciem. Tymczasem rozkoszuję się nienazwanymi
emocjami i ponadwymiarową intensywnością. Nie czuję potrzeby metkowania
wrażeń. Na co dzień nie zastanawiam się, czy potrwa to do końca świata,
czy skończy się za chwilę. W zamian brnę z nim w śniegu po kolana w
poszukiwaniu schowanej w dalekim lesie obserwacyjnej patrolki i
zachwycam się faktem, że, klucząc między jednakowo bielonymi drzewami,
gubimy ścieżki. W zamian słucham z rozbawieniem jak w wyobraźni
stylizuje mnie na kobietę modną, godząc się na galeriowe przebieranki,
gdzie pani instruuje mnie, że odelektryzowuje się najskuteczniej poprzez
dotknięcie sklepowej posadzki. W zamian wtulam się w poduszkę i słucham
opowieści z codzienności i irracjonalności, mówionych potoczyście,
soczyście i poprawną polszczyzną.
w marcu
Krążę między usilnym klasyfikowaniem nienazwanego a nieupychaniem go w sztywne ramy. Teraźniejszość nafaszerowana jest sinusoidą mojej impulsywności i prostą jego nieulegania skrajnym emocjom. Nasze definicje życia leżą na skrajnych biegunach. Nie gryzę się w język, definiuję swoje priorytety, zmuszam go do artykułowania myśli, wsłuchuję się w spowite obawą słowa. Rozmawiamy w nieskończoność. Oscylujemy gdzieś między niedopowiedzeniami a wybuchami szczerości. Czasem nas to męczy, czasem łakniemy tego niczym kania dżdżu. Wydajemy się być uzależnieni od bycia obok siebie. Wydajemy się wcale nie chcieć ze sobą być.
w marcu
Krążę między usilnym klasyfikowaniem nienazwanego a nieupychaniem go w sztywne ramy. Teraźniejszość nafaszerowana jest sinusoidą mojej impulsywności i prostą jego nieulegania skrajnym emocjom. Nasze definicje życia leżą na skrajnych biegunach. Nie gryzę się w język, definiuję swoje priorytety, zmuszam go do artykułowania myśli, wsłuchuję się w spowite obawą słowa. Rozmawiamy w nieskończoność. Oscylujemy gdzieś między niedopowiedzeniami a wybuchami szczerości. Czasem nas to męczy, czasem łakniemy tego niczym kania dżdżu. Wydajemy się być uzależnieni od bycia obok siebie. Wydajemy się wcale nie chcieć ze sobą być.
eh, wiosna się zbliża nieubłaganie
OdpowiedzUsuńkto się czubi ten się lubi :) może ta wiosna przyniesie Ci miłość z prawdziwego zdarzenia! :)
OdpowiedzUsuńnie wiem co powiedzieć - i chyba dobrze. Ty jedna znasz swoje uczucia i odczucia. zbliża się wielkanoc. czy jakieś plany?
OdpowiedzUsuńmiędzy ciszą a ciszą sprawy się kołyszą ... :)
OdpowiedzUsuńAktualnie jestem w styczniu.
OdpowiedzUsuńoto definicja przednówka :)
OdpowiedzUsuńMoże bliżej kwietnia jakoś bardziej optymistycznie się zrobi...? Tego życzę na Święta.
OdpowiedzUsuńNareszcie jesteś kochana :)
OdpowiedzUsuńWiosna nam mąci w mózgach, miesza w sercach i emocjach. Oby wszystko uległo stabilizacji, tej dobrej, korzystnej dla obojga :)
Cieplutko pozdrawiam :)
Przesilenie wiosenne. Także w temacie miłości:))
OdpowiedzUsuńJestem niemal pewna, że ściągnęłam Cię myślami, bo (mimo iż to całkiem oczywiste, zrozumiałe i wręcz wymagane) zakochanie, zakochaniem, ale już się trochę niecierpliwić zaczęłam. Już kwiecień :)
OdpowiedzUsuńKwiecień pewnie wszystko poprzeplata, maj rozbucha, czerwiec rozgrzeje, a w lipcu i sierpniu w końcu nastanie odpowiednia temperatura ;) Jesienią wszystko nabierze odpowiednich barw :)
OdpowiedzUsuńAh te przeciwieństwa... Relacji czasami nie trzeba nazywać. Ona po prostu jest. Jedyna w swoim rodzaju. Ciekawa jestem co przyniesie kwiecień...
OdpowiedzUsuńCzyli - jak mniemam - miłość kwitnie. Powoli, z wyczuciem...
OdpowiedzUsuńPozdrawiam :)
Tanyu, chyba za jakiś czas jeszcze raz przeczytam Twój post, bo trochę zgłupiałam. Może wtedy domyślę się, co poeta miał na myśli.
OdpowiedzUsuńTeraz zastanawiam się, co kiedyś czytałam na temat rzeczownika, który w dopełniaczu brzmi "dżdżu".
Buziaczki zadumane.
Tanyu, chyba absorbują Cię matury, dlatego nie ma Cię na blogowisku.
OdpowiedzUsuńBuziaczki majowe.
Zaglądam, zaglądam i nic... Mam nadzieję, że nic, boś zajęta intensywnym życiem pozasieciowym - i to dobrym życiem, przyjemnym. Ale daj znać...
OdpowiedzUsuń