29 listopada 2014

Na drugie mam rozczarowanie..

Na drugie mam rozczarowanie. Wymyśliłam sobie utopijny świat, w którym panują zasady z ery dinozaurów i szeroko otwieram oczy ze zdumienia, kiedy okazuje się, że zdecydowana większość populacji hołduje teraz innym wartościom. Czasem wskakuję na poziom, na którym niepodzielnie panuje brak zaskoczeń, spadam z niego jednak szybciej niż się wgramoliłam i znów zostaję z rozdziawioną buzią. Mała, wiecznie zdziwiona dziewczynka, z której dawno powinnam wyrosnąć, bo ani nie mam pięciu lat, ani to kulturalnie z otwartymi ustami chadzać, ani wydarzenia wokół nie są aż tak szokujące, by mnie w aż tak katatoniczne stany wprowadzać. Zdroworozsądkowo muszę więc zawęzić gamę oczekiwań, wrócić myślami w stan równowagi sprzed za chwilę półtora miesiąca i rzucić nerwowe palenie z byle powodu. Wydaje się, że najłatwiej przyjdzie mi ostatnie, zimno bowiem nadciągnęło nad pipidówkę, a że z zasady w mieszkaniu nie palę, wychodzenie na balkon stało się delikatnie kłopotliwe. Dwa pozostałe założenia mogą nie przyjść mi tak łatwo. Rozedrgana jestem od połowy października. Naprzemiennie angażuję się i wycofuję, kompletnie nie wiedząc, jakiego scenariusza chcę. Najlepsze z nich są awykonalne: ucieczka do dziesięciokrotnie większego miasta, kopanie studni w Kamerunie czy szukanie trollów pod kamieniami chwilowo średnio wchodzą w grę. Tymczasem przedwczoraj śmiałam się do niedawnych wspomnień, wczoraj potrafiłam nie myśleć cały dzień, dziś zanurzam się w niecierpliwości, jutro być może się wścieknę i będę miała wszystko gdzieś. Choć nie, jutro nie będzie czasu na emocjonalne zrywy, jutro obywatelsko pracuję. Do północy będę sumiennie liczyła kandydackie głosy, z których żaden nie ma dla mnie większego znaczenia, bo nie wierzę w obiecywane szeregi zmian. Obserwując przepychanki, jakich jesteśmy świadkami od dwóch tygodni, dochodzę do jedynego słusznego wniosku: cyrk należy zostawić cyrkowcom, człowiek nie czuje zażenowania, gdy klaun na arenie z widowni sobie kpi. Bombardowana przez nieskazitelność jednej ze stron, czuję się jak zaszczuta przez tłum fanatyków, unikam więc kontaktów z tymiż, by nie doczekać chwili, w której powiem więcej niż tylko to, że jeśli się w politykę zdecydowało wejść, niepoważnym jest oczekiwać jedynie zachwyconego piania, i że druga strona równie mocno ma prawo wygrać i równie mocno wygrać chce. Jednocześnie uważam, że pipidówce może pomóc jedynie ekscentryk z kasą niczym lodu, który hobbystycznie zasypie zapaść pogłębianą przez dwadzieścia pięć wolnych lat. Choć szacując na podstawie pipidówkowej mentalności, może to być worek bez dna. Nie lubimy dawać szans sąsiadowi zza płota, wolimy handryczyć się niż wspólnie zrobić coś fajnego, będziemy negować pomysły przeciwników, które może i sensowne, ale nie nasze. Dlatego rzuciłam się w działania, które pozwalają mi się pozytywnie nakręcić. Piorę piątą pralkę pluszaków, przyniesionych przez tych, którzy serca mają wciąż dinozaurze. Z uśmiechem patrzę na misie zwisające za uszy, łapy i ogony, na misie wylegujące się na grzejnikach, na misie usadzone na podłogach pod kaloryferami, na misie piętrzące się na wersalce. W towarzystwie zeszytów, bloków, bibuł, farbek, kredek, długopisów powędrują do hospicjum w większym mieście, tak jak żywność, środki czystości i ubrania znajdą sobie miejsce u ludzi, dla których każdy grosz cenniejszy jest niż rozklekotane serce czy wyborczy głos. Po wszystkim znów zasiądę w prowizorycznym szkolnym kinie, znów (tak ufam) usłyszę, że wybrany przeze mnie film nie był jednak taki zły, znów zacznę rozmawiać z moimi dziecinkami, bo cisza dramatycznie dziwna jest, znów pójdę do lasu, by polować na poukładane myśli i rosnący w ciszy mech, a potem spotkam się z dzielącymi moją pasję i nauczę się od nich, jak zrobić zdjęcie codziennego szczęścia i jak znów łapać rozsypane niteczki spełniających się snów.