W Austrii czuję się jak w domu. I to wcale nie w mniejszym niż moja własna pipidówka Frauenkirchen, gdzie spędziliśmy trzy pracowite dni, ale w wielgachnym Wiedniu, oznakowanym tak genialnie, że nawet taki zakrętas jak ja nie ma szans się tam zgubić. Zaopatrzona w walizkę mapek, z których żadna nie była szczególnie przydatna, starałam się nie wyprowadzić grupy na manowce w stolicy; w ichniejszej pipidówce, dzieciątka prowadzały za rączkę mnie. Stworzona do życia w wielkim mieście, koncertowo gubiłam się wśród drobnicy uliczek. Gdyby któreś wpadło na pomysł zostawienia mnie na peryferyjnym zadupiu, sczezłabym tam na amen: we Fraunekirchen nie widziałam ani pół taksówki. Jednocześnie miejscowość jest na tyle mała, że prędzej czy później dostrzegłabym w oddali mój prywatny punkt orientacyjny, czyli kościelną wieżę.
W Wiedniu byłam po raz trzeci i nareszcie pamiętam wszystko, co widziałam. Za pierwszym razem przewodniczka przegoniła nas przez miasto w ekspresowym tempie podając wszystkie ważne szczegóły i nieważne szczególiki, których mój mózg raczył nie zarejestrować. Za drugim razem zajęta byłam głównie fotograficzną dokumentacją wszystkiego wokół, co uniemożliwiało mi wsłuchiwanie się w słowa Austriaczki Milli, musiałam przecież jednocześnie dbać, by się nie odłączyć od grupy. W stolicy mogłabym wprawdzie skorzystać z taksówkarskich usług, jednak wskutek mojego niezorientowania pan zbiłby na mnie majątek, wioząc mnie do Frauenkirchen, bo kto w ogóle pamiętał, gdzie zostawiliśmy w Wiedniu autobus. Tym razem z lubością zgubiłam się wśród krętych uliczek, z których każda w końcu i tak prowadziła do celu. Sama nie wiem jak, ale udało się połączyć spokojny spacer z moją żądzą pójścia jeszcze tu i jeszcze tam. Nie udało mi się tylko zobaczyć Prateru nocą. Mam po co jechać tam kolejny raz.
W trakcie tych marnych pięciu dni podobało mi się wszystko. Wśród ludzi z pasją zrobienia czegoś fajnego jestem w swoim żywiole. Pozbawiona kagańca pipidówkowości mogę tańczyć na stole (nie, nie zdarzyło się niestety), fałszować na cały głos, prowadzić dyskusje w nieskończoność, wino i piwo pić. We Frauenkirchen mogę bezustannie wsłuchiwać się w Milli mówiącą po niemiecku i w ogóle nie przejmować się tym, że rozumiem co dziesiąte słowo: rozkoszuję się melodią języka, łapię jaki taki sens i postanawiam zapisać się na germański kurs. W Sopron mogę sfotografować bratki w każdym kolorze świata, pić jedyną nienapisaną po węgiersku kawę z menu i ustalać wyjazd do Konstancji, choć ten dopiero za rok. W Mönchhof mogę zanurzyć się w przeszłości z początku XX wieku, która z Polski się wyniosła sześćdziesiąt lat później, wąchać pąsowe piwonie i przez odbicie w czyichś ciemnych okularach podglądać świat. W Eisenstadt mogę marzyć o Transylwanii w zamku Esterházy, jeść paskudną, bo zimną, sałatkę curry z ryżem i bez znużenia gapić się na grające w ulicznego głupiego Jasia moje dziecinki, które na pewno opisze austriacki Fakt. W Andau mogę zapatrzeć się na bezgraniczne winnice, chcieć, by Ronny zaraził moich uczniów pasją do angielskiego i dziewiąte wino pić. Na Neusiedler See wreszcie mogę nieudolnie łapać mewy w locie, nostalgicznie wypatrywać żółtych od rzepaku horyzontów i patrzeć, jak młodość w końcu kipi życiem.
W ogóle bym nie chciała mieć w szkole czarnego ucznia. Nie, rasizmu we mnie nie ma za grosz, nie wypada jednak statecznej pani psor siedzieć i wgapiać się w jak sroka w gnat. Chciałabym za to mieć całą szkołę takich dzieci, jakie były ze mną wcześniej w Bułgarii i jakie były ze mną teraz. Nie pozwalamy im na samodzielność, mentalnie przykuwamy do kaloryferów, karcimy za przełamywanie norm, a one też potrafią przegryzać kagańce i ze swoich kawałków puzzli układać teraźniejszy i przyszły świat. Warknęłam na nich raz czy drugi, nie siedzą w nich jednak na szczęście obrażalskie niunie, które omdlewają, zniechęcają mnie normatywnością i zgrzybiałą starością w wieku czterdziestu lat. W ludziach wolę nadmiar niż niedomiar. W przeciwieństwie do dwóch stęsknionych za krajem pań z większego miasta, nadmiar Wiednia zupełnie by mnie nie znużył, dlatego chętnie bym się z nimi zamieniła i została dwa dni dłużej, choćbym miała na śniadanie, obiad i kolację wyżej wymienioną zimną sałatkę jeść. Obawiam się jednak, że wtedy dyrekcja urwałaby mi uszy.

piękne zdjęcia. i tak ciekawie opowiedziałaś o Wiedniu. ja tam nie byłam, tylko przejeżdżałam. może kiedyś.... poszłabym wtedy na koncert fortepianowy w gustownym dworku - bo w końcu Wiedeń kojarzy mi się z pianistami, operą, pałacami:)
OdpowiedzUsuńChwilę się zastanawiałam, czy nie zahaczyć o Bratysławę - nie byłam, ale chciałabym być. Ale chciałam, żeby dzieciory Wiedeń zobaczyły. Teraz się nie mogę doczekać Zurychu i już kombinuję, jak tam pojechać, żeby pobyć. Ja mogłabym poszwendać się po mieście nocą, ale nie wiem, jak się na to zapatrzy młode pokolenie :)
Usuńmłode pokolenie będzie zachwycone taką nocną wycieczką:) mówię Ci... podobno też byłaś na Węgrzech. i podobno oni mają taki język że nie można zrozumieć. ale - Polak, Węgier dwa bratanki... ;))
UsuńZnam na pewno kilka młodych osób, które byłyby zachwycone; nie jestem pewna co do tych, których planuję zabrać.
UsuńTak, byliśmy na Węgrzech (w Sopron). Frauenkirchen, gdzie mamy szkołę partnerską, leży niedaleko granicy. Węgierski jest rzeczywiście nie do zrozumienia, ale w kawiarni porozumiewaliśmy się po niemiecku. I czy to ma znaczenie, że niemieckiego nie znam? ;)
Swoją drogą, to powiedzenie było świetnie znane dwóm węgierskim uczniom, którzy z nami byli.
człowiek z człowiekiem się zawsze dogada aby tylko byli pozytywnie nastawieni. albo mieli wódkę i zakąskę;))...albo i to i to:))
UsuńOooooo, to na pewno! Ale nie mów głośno, bo usłyszą i będę musiała zapewniać ;)))
UsuńWiedeń jest piękny , dostojny, pełen uroku. Bardzo misię podoba to miasto. Pozdrawiam...
OdpowiedzUsuńA zaraz obok dostojności ludzie opalają się na trawnikach. To lubię!
Usuń"ale w wielgachnym Wiedniu, oznakowanym tak genialnie"
OdpowiedzUsuńTak! Jest się w nim odnaleźć łatwiej niż w Warszawie...
Wiedeń jest cudowny. Kocham to miasto ogromnie. To chyba jedyne zagraniczne miejsce, w którym mogłabym zamieszkać. A to duży komplement z mojej strony ;)
Smakowało Ci wiener melange? Tak tęsknię za tym smakiem!
A wiesz Ty, że się w Wiedniu nie napiłam ani łyka kawy? Prócz hotelowego czegoś z ekspresu. Do obiadu zamawiałam spritzera, białe wino toleruję jedynie pod jego postacią.
UsuńJa mogłabym zamieszkać w Nowym Jorku. Kojarzy mi się najbardziej anonimowo za wszystkich miast.
Nigdy nie byłam w Austrii (jak i w wielu krajach), wydaje się jednak, że twój opis jest jednym wielkim klimatem. To po prostu zachwyt nad miejscem, odwiedzonym z właściwymi ludźmi.
OdpowiedzUsuńDobrze jest wyjść czasem poza ramy, bo tak naprawdę to my tworzymy wszystkie normy. Trzeba być niezależnym w myśleniu, to nie ma ograniczeń wiekowych. Młodszych możemy tylko kierować, pomagać im.
Masz rację: z właściwymi ludźmi. Kiedy wybieram uczniów do wyjazdów, nigdy nie mam pewności, jak sprawdzą się w sytuacji dla nich mało codziennej, a potem okazuje się, że umiem w każdym z nich znaleźć coś, co mnie urzeka. Na szczęście, bo jak inaczej mogłabym pracować w szkole?...
UsuńDziś zamiast z norm, wyszłam z pokoju nauczycielskiego. Podniecanie się Conchitą Wurst jakby była panią ze spożywczaka obok, gdzie codziennie kupujemy chleb, mnie męczy.
Tanyu, zakochałam się Wiedniu, ale była to chyba nieodwzajemniona miłość, bo dopadła mnie piekielna migrena, która nie pozwalała mi chłonąć piękna tego miasta.
OdpowiedzUsuńPrater widziałam z bliska, ale nie w nocy, lecz wieczorem. Najdokładniej obejrzałam na Praterze pewne rewelacyjne WC, gdzie przycisk do spłuczki był w podłodze. Gdyby mi wcześniej nie powiedziano o tym, chyba bym nie wiedziała, co począć.
Widzę, że stałaś się globtroterem i nie skończysz na Europie, bo kiedyś wylądujesz na żółtym piasku pod palmami u boku jakiegoś milionera, czego Ci życzę z całego serca.
Buziaczki zachwycone Wiedniem.
Pamiętam, że za pierwszym razem też się zakochałam. Bardziej chyba we wrażeniu niż w konkrecie, bo tych, jak pisałam, nie pamiętam niemal wcale. Zdecydowanie pamiętam jednak kamienne rzeźby: fascynują mnie nieodmiennie. I zadziwiają, bo są lekkie jak piórko, a takie być teoretycznie nie powinny.
UsuńDziękuję, Aniu, tego samego sobie życzę. Milioner wprawdzie nie musi ze mną leżeć pod palmą, ale jego platynowej karty używać mogę jak najbardziej. Z drugiej strony, gdybym już tak na poważnie wybierać miejsca podróży miała, pewnie na plaży wylądowałabym na samym końcu: zdecydowanie bardziej interesujące jest szwendanie się po klimacie miast.
Buziaczki chcące tam wrócić już!
W Wiedniu obejrzałam prawie wszystko, co warte obejrzenia. Chyba niedawno wysłałam Ci "Wiedeńską krew"
UsuńNie nocowałam w Wiedniu, lecz w czeskiej Czarnej Horze, więc trochę siedzenia w autokarze było. i stąd ta moja migrena.
Pamiętam o Twoim marzeniu o tej palmie i gorącym piasku. A gdyby milioner był urodziwy jak Apollo, to też byś krzywo na niego patrzyła?
Koniecznie musisz poszwendać się po Paryżu lub Florencji.
Buziaczki turystyczne.
Za pierwszym razem też nie nocowaliśmy w Wiedniu, a wtedy jeszcze w Czechosłowacji. Choć wiele osób mnie przekonuje, że dzięki przewodnikowi widzi się więcej, ja wolę sama o miejscach poczytać, a potem gubić się we własnym tempie.
UsuńHmm, nie pogardziłabym urodziwym milionerem, to wiadomo, ale wolałabym gadułę - z takim bym się nie nudziła.
Buziaczki w tej chwili marznące, czyli zdecydowanie o palmach i piaskach marzące.
Ja jednak wolę przewodnika, bo zawsze zwróci uwagę na to, co jest warte obejrzenia. Nie wiem, czy kiedykolwiek oglądałaś serial "Komisarz Reks" ( nie mylić z durnowatym polskim "Komisarzem Aleksem"). To dopiero była uciecha, gdy mogłam patrzeć, gdzie już byłam i co widziałam.
UsuńChyba nawet nie wiesz, jak gaduła może zamęczyć człowieka. Wiem coś na ten temat.
I co z tą "Wiedeńską krwią"- wysłałam czy nie? Jeśli nie, to natychmiast wysyłam.
Buziaczki zachwycone walcami Straussa.
Oglądałam, oglądałam. Naszego Aleksa za to chyba nie oglądałam.
UsuńHmm, "wiedeńską krew" musiałabym sprawdzić: przyznam, że kolekcjonuję nieotwarte maile przez cały boży rok, a potem robię sobie wakacyjną sesję przeglądową. Na co dzień czytam tylko te, które muszę.
A gadulstwo umie zmęczyć, wiem, mnie jednak jeszcze bardziej męczy chorobliwe nicniemówienie.
Buziaczki znad kawy, niestety nie rodem z Wiednia.
W Wiedniu można się zakochać nie widząc go i to jest piękne:)Tak,jak Twój opis.Wróć koniecznie obejrzeć Prater nocą i...zatańczyć walca wiedeńskiego...Jest niepowtarzalny:)
OdpowiedzUsuńWrócę! Ale chyba jednak walca wiedeńskiego nie zatańczę. Prędzej kankana na stole, choć to akurat mało wiedeńskie jest ;))
Usuńooooooooooo proszę to Ty jesteś taka Wiedeńska jak Mleczkowa :) ona ma dziś urodziny i właśnie z tej okazji w nocy wyjeżdża do Wiednia na kilka dni całą rodzinką ;D
OdpowiedzUsuńTak sobie myślę, że kiedyś na długi weekend się wybiorę: hotel już sprawdzony, a jeszcze tyle przede mną do zobaczenia.
UsuńNigdy mnie tam nie ciągnęło. Do teraz.
OdpowiedzUsuńJedź, bo warto.
UsuńNic tylko pozazdrościć, a chciałam kiedyś zostać nauczycielką, ale moje ślady poszły w Lego, choć nie narzekam ;). Może za miesiąc wybiorę się na długi weekend do Budapesztu, jak finanse pozwolą, gdyż leczenie zębów mnie czeka.
OdpowiedzUsuńPozdrawiam
po prostu m;)
Fajnie, że jesteś!
W Budapeszcie mnie jeszcze nie było - może kiedyś. Tymczasem Tobie życzę, by się pojechać udało!
UsuńAle Ci fajnie z tymi podrozami ;)
OdpowiedzUsuńNie zaprzeczę :))
UsuńTak piszesz, że aż zachciało mi się pojechać do Wiednia i zamienić wspomnienia zimnego i drogiego miasta na nowe, przyjemniejsze :))) Może w wakacje się uda.
OdpowiedzUsuńMieliśmy szczęście nie musieć oszczędzać :))
UsuńInna rzecz, że pogoda była fantastyczna - w deszczu pewnie mielibyśmy smutniejsze miny.
Vojage vojage :)
OdpowiedzUsuńIgzaktly! ;))
UsuńTy robiłaś te zdjęcia? :) Są przepiękne!
UsuńJa. Dziękuję ślicznie.
UsuńHej! :D Nie zazdroszczę Ci podróży. Absolutnie, he he... Po pierwsze:boję się, a po drugie: strasznie męczą. W moim odczuciu. Ale cieszy mnie, ze to lubisz. Pozdrawiam cieplutko. ps. Czyżbyś była czarownicą? (odp. z mojego bloga). Chciałabym móc już odpocząć, oj, chciała... Maya
OdpowiedzUsuńUwielbiam! Trudno mi się zawsze z domy wygrzebać, ale kiedy już jadę, czuję ekscytację. Mogłabym podróżować jak jakiś Cejrowski czy inna Pawlikowska - Wojciechowska.
UsuńCzarownicą też bym chciała być, ale niestety... ;)
Ja uwielbiam podróże! A Wiedeń jest zdecydowanie miejscem, do którego chciałabym się wybrać :)
OdpowiedzUsuńTo jedź, jedź! :)
UsuńUwielbiam czytać Twoje zapiski z podróży... Piszesz tak, że przenoszę się w zwiedzone przez Ciebie miejsca bez żadnego problemu.
OdpowiedzUsuńMarzę o podróżach. Na razie wychodzi dość biednie, bo finansowa stoję dość słabo. Mam nadzieję na południe Europy w przyszłym roku. Marzenia sięgają dalej, ale trzeba na razie stawiać sobie w miarę osiągalne cele. :)
Dziękuję :)
UsuńMoje marzenia sięgają całego świata, wszechświatem też bym nie pogardziła absolutnie. Póki co wracam do marzeń o podróżowaniu wakacyjno - weekendowym; mam sojuszniczkę w tych marzeniach, więc się uda. Zaczęłyśmy od większego miasta tuż obok, ale plany są szersze. A Tobie południa Europy z całego serca życzę!
We Wiedniu byłam tylko raz i mało z niego pamiętam :) ale cieszę się, że Tobie się wyjazd udał :)
OdpowiedzUsuńJa z pierwszego razu zapamiętałam tylko, że podobały mi się szalenie kamienne rzeźby: jakby żywe były.
UsuńTaki piękny ten Wiedeń, mówisz? Mnie osobiście to miasto odpycha niesamowicie, jawi mi się jako jeden wielki obiekt pod nazwą 'jesteśmy tak bogaci, że to musi być aż za piękne'. Ale nigdy nie byłam, więc, szczerze mówiąc, niesmaczę się w typowo cebulacki sposób :P
OdpowiedzUsuńA ja myślę sobie, że są bogaci, bo pracują na to. Kiedy przejeżdżam drogą do większego miasta, rozkopaną w trzy dupy (za przeproszeniem) i w środku dnia nie widzę tam żadnego pracownika, bo pewnie za ciepło, za zimno, przerwa śniadaniowa/obiadowa/snackowa akurat czy inne jakieś, to się nie dziwię, że u nich bogato, a u nas mniej.
UsuńInna rzecz, że mnie się wszędzie podoba: nawet ostatnio w stolicy było ślicznie :)
Znaczy było super :) Zdjęcia na fb oglądałam z przyjemnością, ale najważniejsze, że Ty czułaś się tam Tanyuśka jak w domu :)
OdpowiedzUsuńByło fantastycznie, Aguśka. I nawet dzieciory nie zepsuły pełni szczęścia ;))
UsuńWitaj :)
OdpowiedzUsuńI u Ciebie cudnie jest :)
Pozdrawiam mile ;)
Było przez tydzień!
UsuńByłam tam jako sikorka. Potem, z 7 lat temu, wesoły autobus pojechał bez nas. Tęsknię, marzę. Ech
OdpowiedzUsuńJeszcze będziesz... :)
Usuń