Zdecydowanie lepiej się wspomnienia przeżywa niż segreguje.
W lotniskowym życiu stresuje mnie tylko mój własny chaos. Że będzie błąd w nazwisku na bilecie, że zgubię dowód, posieję kartę pokładową. Kiedy już przejdę wszystkie bramki, idę wąchać Davidoff Cool Water, pić kawę z mlekiem i gapić się na tłum zagonionych ludzi. A potem już tylko czuję mrowienie w brzuchu, kiedy maszyna odrywa się od ziemi, i widzę blask słońca na skrzydle, i mrówcze wioski w dole, i chmury ukształtowane jak bajka.
Warszawa przy Sofii wygląda jak Nowy Jork, przemknęło mi przez myśl, kiedy opowiadający nam legendę o powstaniu Bułgarii taksówkarz wiózł nas do hotelu. Zadrapania nie chciały się skończyć i cierpłam na myśl o zarezerwowanych na chybił trafił pokojach. Miejsce jednak okazało się całkiem niczego sobie, a po pochmurnej niedzieli słoneczny poniedziałek wyciągnął na światło dzienne cały sofijski urok.
Zazielenione pola, rdzawo-brunatne ugory, zamglone góry, urny pochowane w szafkach zabranych ze szkolnych korytarzy, olbrzymie graffiti na jeszcze większym fabrycznym kominie i trzygodzinna rozmowa z młodymi, roześmianymi i rozśpiewanymi. Niespecjalnie dało się czytać o Nowym Jorku i piątej rano.
Grupę wybrałyśmy niemal bezbłędnie. Chwila nieśmiałości, kilka chwil niepewności, deko przerażenia sytuacją, a potem było zrobione, co miało być zrobione, integracja zaś przebiegała bez większych zgrzytów. Doświadczyłyśmy już szwendania się za nami krok w krok i wystawania pod kawiarnią, kiedy delektowałyśmy się małą białą. Tym razem zdecydowanie obyło się bez trzymania nauczycielskiej spódnicy, kwitła za to polsko-bułgarsko-niemiecko-austriacka współpraca.
Veliko Tarnovo już mnie raz zachwyciło. Kaskadowo spadające ze skał domki robią wrażenie. Zgubiłyśmy się między nimi, klucząc wśród uliczek skręcających to w górę, to w dół. Weszłyśmy na szczyt miasta, namierzyłyśmy tam biedę, zaniedbanie, zatrzęsienie kotów i nieuwiązanego pitbulla na dachu; jeden skok i zagryzłby nas w bułgarskich slumsach.
Kolekcjonowałam z samozadowoleniem językowe komplementy. Od starszego pana z Kalifornii, który podróżował po Europie, teraz Bułgaria, potem Grecja, w końcu i Polska. I od bułgarskiego ucznia, bo nauczyciele w jego szkole mówią tak sobie, a ja odrobinę wymiatam.
Genialnie byłoby wejść w projekty mobilności Leonardo da Vinci, pozwolić uczniom jechać na dwa czy trzy tygodnie w obce strony, pozwolić im nauczyć się samodzielności, radzenia sobie z byciem z obczyzną i obcym językiem sam na sam. Niestety, nie posiadamy takich długich łańcuchów na szkolnym stanie. Słyszę też już ten lament, że lekcji przepadłoby im tyle, że szok.
Jeszcze tam wrócę. Znów nie dotknęłam ruin na wzgórzu Carewec.

Zgadzam się-lepiej przeżywać,niż segregować:)A najważniejsze,że są dobre,miłe i że-są:)
OdpowiedzUsuńW poniedziałek tuż po powrocie zajrzałam do dziennika moich i chciałam kupować bilet powrotny. Ale jeszcze niespełna dwa miesiące i znów ucieknę :)
Usuńaaaaaaaaaaa w Bułgarii byłaś a ja już się martwiłam, że taka długa cisza zaległa :D
OdpowiedzUsuńLu ma znajomych w Bułgarii, spędził kiedyś w Sofii Sylwestra ;D
Ciekawam Jego wrażeń :)
UsuńWróciłam już tydzień temu, ale się pozbierać nie mogłam jakoś.
był tam tylko na Sylwestrze domówce wiele nie zwiedzał no i w porównaniu z USA Bułgaria go nie zaskoczyła :)
UsuńZnaczy spodziewał się ruiny?
UsuńTeż nie widzieliśmy w Sofii wiele, i czasu nie było, i nie bardzo wiedzieliśmy, gdzie jeszcze można by iść.
Ja się zastanawiałam, gdzieś się podziała, a Ty tymczasem robiłaś za globtroterkę.
OdpowiedzUsuńCieszę się, że zauważyłaś przepaść między Bułgarią a Polską, bo niektórzy nie chcą tego widzieć i tylko narzekają.
Bułgarom można zazdrościć ich ciepłego morza, łagodnego klimatu, bo na pewno nie jedzenia, czego doświadczyłam na własnym żołądku.
Buziaczki bez żadnego przymiotnika, bo nic nie przychodzi mi do głowy.
Zanim pojechałam i tuż po tym, jak przyjechałam, cierpiałam na blogową niechęć. Nie do końca mi ona jeszcze przeszła, ale powoli się mobilizuję.
UsuńPamiętam, że będąc tam za pierwszym razem, byłam rozczarowana jedzeniem. Mdłe jakieś i nijakie było. Tym razem było zupełnie inaczej, choć mieszkaliśmy w tym samym hotelu. Może kucharza zmienili?
Buziaczki deszczowe, leje od rana.
Blog jest atrakcyjny przez pierwszy miesiąc po jego założeniu. Też miewam dni, że nawet nie chce mi się włączyć komputera.
UsuńPosiłki w Sozopolu jedliśmy pod gołym niebem i nie dość, że były nijakie i zimne, to jeszcze do talerzy wpadało różne robactwo i kwiatki z drzew. My mieszkaliśmy w prywatnej kwaterze.
Buziaczki nie tylko deszczowe, ale i wietrzne.
Wciąż mam blogową niechęć.
UsuńW hotelu też była możliwość zjedzenia na tarasie, ale jednak kapkę za zimno jeszcze było: w końcu końcówka lutego to nie wakacje. Ale na pogodę narzekać nie mogliśmy: była wymarzona.
Buziaczki za chwilę kawowe.
przede wszystkim, od razu nasunęła mi się myśl - ja się boję latać. oczywiście nigdy nie leciałam, powinnam się przełamać, ale panicznie boję się oderwania od ziemi. moja mama, brat, siostra, co ja jeszcze powiem, moja babcia uwielbia samoloty, leciała już dwa razy w życiu a ja siedzę na ziemi i nic. i znowu te moje dygresje. oczywiście podróżuję ale samochodami i pociągami.
OdpowiedzUsuńjak będziesz miała chwileczkę czasu to opowiedz mi legendę o powstaniu Bułgarii. bo ja lubię wiedzieć takie rzeczy.
i zazdroszczę jak zwykle pozytywnie. Tej Sofii, nawet jeżeli jest trochę podrapana, tych gór zamglonych, tej innej mentalności, tych ciekawych ludzi...
pozdrawiam.
Przed moim pierwszym lotem też panikowałam. Mówiłam, że ja wymięknę, zostawią mnie na lotnisku. Ale że lecieliśmy do Portugalii, a to było jedno z moich marzeń, przemogłam się i teraz latać kocham. We śnie też lubię, kiedy fruwam i na wszystkich patrzę z góry ;)
UsuńZ legendą było tak, że kiedy Bóg tworzył państwa, dał wszystkim coś szczególnego, na przykład Amerykanom i Rosjanom wielkie połacie, Włochom góry i plaże, Anglikom klify i tak dalej. Zapomniał jednak na amen o Bułgarach. Zebrała się więc delegacja, która poszła do Boga upomnieć się o zapomniany naród. Bóg postanowił więc dać im to wszystko, co dał innym narodom. Tak więc w Bułgarii są i góry, i plaże, i klify, i puste połacie i co tam jeszcze w legendzie było.
bardzo ładna legenda. dziękuję że mi ją opowiedziałaś.
Usuńmoże kiedyś się przemogę. może wsiądę do samolotu bo to przecież najbezpieczniejszy środek transportu. ale jak na razie nie wybieram się w dalekie podróże.
Najbezpieczniejszy, tak mówią. Patrząc na to, że w niedługim czasie zadziały się u nas trzy samochodowe tragiczne wypadku, jestem skłonna wierzyć w to jeszcze mocniej.
UsuńOj to dużo musiałaś zobaczyć, spróbować... warto było pojechać ;) i przynajmniej mogłaś odetchnąć od tego trzymania nauczycielskiej Twej spódnicy :) pozdrowionka
OdpowiedzUsuńWarto było! Dla mnie wszędzie warto jechać, kocham jeździć. A grupę mieliśmy nad wyraz samodzielną. Samodzielność w uczniach lubię bardzo: mają po siedemnaście czy osiemnaście lat, najwyższy czas puścić spódnicę.
UsuńCiekawe miejsce odwiedzilas;)
OdpowiedzUsuńW Veliko Tarnovo już byłam, ale tym razem było o niebo ciekawiej. Pojechałam z Vice, która jest równie chętna do zgubienia się jak ja.
UsuńDziwnie mi ten jer twardy ewoluował. Łamię sobie na nim język :)))
OdpowiedzUsuńNigdy nie leciałam samolotem, to wciąż przede mną. A Bułgaria z jednej strony mnie intryguje, a z drugiej odrzuca. Może kiedyś wiatr mnie tam zapędzi. Będzie więcej relacji? :)))
Na jerach się nie znam: tłumacz google przetłumaczył, nawet nie wiem, czy dobrze ;))
UsuńMnie ciągną kraje niepopularne: aktualnie chciałabym do Rumunii, najlepiej na zadupie jakieś.
A kiedyś wyjazd do Bułgarii na wczasy był marzeniem i nobilitacją dla naszych rodaków. Pozdrawiam serdecznie...
OdpowiedzUsuńPrawda. A teraz... kto tam jedzie na ochotnika? Jeśli już, to tylko Złote Piaski, czyli trochę jakby nuda.
Usuńszkoła uczy, a podróże kształcą.... ech... latałabym, biegałabym, zwiedzałabym... (clisha)
OdpowiedzUsuńZ lataniem mam to samo. Ogólnie nie lubię, ale boję się jedynie lotnisk.
OdpowiedzUsuńA ja lubię. Bardzo, bardzo :)
UsuńNo i sobie na wczasy pojechała! :D, ale wróciła szczęśliwa i zdrowa. Pozdrawiam :)
OdpowiedzUsuńNie na wczasy, a do roboty. A że wczasowo wyszło, to inna bajka ;))
UsuńMc Lenins? :D OMG :P
OdpowiedzUsuńCzegoś takiego jeszcze nie było.:P Nie długo będzie McPutins :P
W każdym razie cieszę się niezmiernie, że wyjazd się udał :) Kiedy następny? :P
Żałuję, że nie kupiłam. Łatwiej by było przywieźć koszulkę niż filiżanki; jednej urwało się ucho.
UsuńNastępny w maju, do Austrii, do Frauenkirchen. Wszyscy się będą mordować na pierwszych pisemnych, a my będziemy pływać po Jeziorze Nezyderskim :)
Już w maju? :D No do niedługo :) Oby tylko pogoda dopisała. Bo taka jak dziś nie zaprasza do zwiedzania :P Chociaż nie wiem jak jest w Austrii ;)
UsuńMy mamy typowo marcową :P Deszcz jak w październiku, grad jak w kwietniu, słońce jak w lipcu, śnieg jak w lutym, o listopadowym wietrze nie wspomnę xD
Liczę, że będzie ładnie: w końcu to maj.
UsuńTak, mamy cały rok w miniaturce. Choć dziś u mnie miało lać, a jest rześko i bezdeszczowo. Miałam jechać do Częstochowy, ale bus nie przyjechał z jakiegoś powodu: może wycofali ten akurat w niedziele?
Ojej, ale super! Pięknie opisujesz wspomnienia, ale zawsze pozostawiasz odrobinę tajemnicy. Jednak post ten pewnie mógłby mieć i z metr długości, a i tak nie opisałabyś wszystkiego...
OdpowiedzUsuń(Ironia odnośnie łańcucha i lekcji bardzo trafna...)
Pewnie bym nie opisała: cały czas się coś przypomina, o czymś się zapomina...
UsuńA ironia to moje codzienne oręże: gdybym wszystko brała na poważnie, musiałabym spełnić swoje groźby i jechać do tego Kamerunu studnie kopać.
Podziwiam ludzi, którzy podczas podróży robią notatki. Ja wolę się cieszyć chwilą, kiedy inni skrobią coś na kartce. Z drugiej strony wszystkie wspomnienia mają wtedy poukładane i o niczym nie zapomną.
UsuńCo racja, to racja. :D Idealna broń.
Też robię. Teoretycznie dlatego, że muszę potem artykuł do gazety napisać, praktycznie po to, żeby nie zapomnieć podzielić się z Wami drobiazgami na blogu. Ot, tym razem, na przykład, w ogóle nie notowałam tego, co formalne, za to zanotowałam mnóstwo bzdurek.
UsuńLatanie fajna sprawa, nawet te lotniska nie są takie straszne po entym locie. A wyrwanie się z polskiej rzeczywistości na kilka chwil, nawet do takiej bułgarskiej - brudnej i zaniedbanej - to cudowna sprawa. Buduje w jakiś sposób świeże spojrzenie na wiele spraw ;)
OdpowiedzUsuńCudowna!
UsuńOdkąd jeździmy żartuję, że te wyjazdy mi nie służą, bo się napatrzę na inne rozwiązania i nasze mnie drażnią. Akurat w bułgarskiej szkole pracować bym nie chciała, ale ich otwartość na projekty chętnie przeniosłabym do mojej.
A często tak jeździsz, jak Ci się w ogóle udaje ogarniać takie wyjazdy? :)
UsuńNie ma się co oszukiwać - lubimy się tak trochę zamykać na nowe alternatywy, narodowy zwyczaj chyba :)
Poprzedni projekt zakończyliśmy w 2011 bodajże. Teraz mamy w perspektywie Austrię w maju i Niemcy w kwietniu za rok. Najgorzej jest dla mnie ogarnąć finansowo, bo ja w ogóle liczyć nie umiem ;))
UsuńDziś w rozmowie z koleżanką, też nauczycielką, znów doszłyśmy do konkluzji, że elastyczność i otwartość nie są niestety w cenie. Kiedy usłyszałam typy dyrekcji, kto ma z uczniów jechać, wymiękłam: tak, to dobre dzieci, nie przeczę, ale po co mi uczeń, który będzie siedział przy stole i spuszczał wzrok?
Narzekam na tę szkółkę i narzekam, a bez niej bym nie pojechała...
OdpowiedzUsuńOpisałaś to pięknie, pozazdrościłam wojaży. Trzymam kciuki za kolejne!
OdpowiedzUsuńDziękuję. Kolejna wyprawa w maju, już zaplanowana, zarezerwowana.
UsuńWitaj :)
OdpowiedzUsuńPiękna podróż :)
I ja wybieram się niedługo na wycieczkę- nagrodę z pracy, to moja pierwsza podróż samolotem będzie.
Pozdrawiam mile ;)
O, jak fajnie! Gdzie lecisz?
UsuńJa jeszcze samolotem nie leciałam, więc Ci meega zazdroszczę! i w ogóle ... fajnie, że miałaś możliwość wyjechania gdzieś :)
OdpowiedzUsuńTrafiło nam się jak ślepej kurze ziarno tym razem: to ostatnia edycja Leonardo da Vinci. Do tego wniosek zaakceptowano jeszcze tylko w Niemczech, Austrii i Bułgarii, odrzucając Portugalię, Łotwę, Włochy i Anglię.
UsuńMnie podczas wszelakich podróży zawsze towarzyszy myśl, że czegoś zapomniałam pakując się na ostatnią chwilę. Czegoś oczywiście ważnego. Lubię takie podróże, które pozostawiają niedosyt, gdy po powrocie oprócz wspomnień pozostaje myśl by jeszcze kiedyś tam wrócić...
OdpowiedzUsuńTeż się zawsze pakuję na ostatnią chwilę. Oczywiście, po dziesięć razy sprawdzam dokumenty, pieniądze i bilety. Resztą można zawsze dokupić.
UsuńDo Veliko Tarnovo bym jeszcze pojechała, ale bardziej mnie ciągną miejsce, gdzie jeszcze nie byłam, to oczywiste. Może mniej oczywiste jest to, że gdybym miała dziś wybierać cokolwiek w Europie, moja wymarzona Norwegia przegrałaby chyba z Rumunią.
Nie miałam nigdy okazji lecieć samolotem. Mieliśmy z D., w tym roku spędzić gdzieś wakacje w ciepłych krajach, mieliśmy jechać do Danii, z okazji moich urodzin, a ja bez Niego nie chcę jechać..zostawił mnie..umieram
OdpowiedzUsuńpo prostu m;)
Bierz koleżankę, mamę, mnie pod pachę i jedź! Nie popełniaj mojego błędu siedzenia w domu, użalania się nad sobą i analizowania ran.
UsuńŚciskam najmocniej.
Chcę do Niego...nie umiem tak po prostu zapomnieć. Co się stało? Co z Duńskim?
OdpowiedzUsuńpo prostu m;)
Piękny to kraj, niedoceniony przez turystów przez wielkie T, co dobre dla nas, którzy szukają ukojenia i spokoju:)
OdpowiedzUsuń