13 marca 2012

Łatanie dziur?..

Zacznijmy od małego egzaminu. Tylko bez oszukiwania, proszę; zaglądamy jedynie do swoich umysłów. Jak nazywa się stolica Burundi i jakie morza łączy Cieśnina Malakka? Jak miała na imię żona Bolesława Kędzierzawego, a jakie teściowa Władysława IV Wazy? Co w trumnie miał Maciej Boryna (odpowiedź na to pytanie szczególnie mnie ciekawi, bo pewnie związane to jest z jakimś obrzędem, a ten akurat może być interesujący) i czym się różni metafora od paraboli? Czy prezes NIK urzęduje pięć czy sześć lat i jaką doktrynę polityczną wyznawał Eduard Bernstein? Ile kodonów kodowało informację dotyczącą 24-aminokwasowego białka i czy fenyloketonuria jest chorobą wyłącznie genetyczną? Czym różnią się półprzewodniki domieszkowe typu n od półprzewodników samoistnych i jakie skutki ma istnienie pola elektrycznego w akceleratorze? Wreszcie ile wynosi liczba przekątnych siedmiokąta foremnego, a ile liczba krawędzi ostrosłupa o osiemnastu wierzchołkach?

Powyższym i podobnym są zaśmiecane nasze umysły od najmłodszych lat. Nie da się ukryć, że szkoła w dużej mierze uczy przeciętnie przydatnej teorii i choć kolejne reformy obiecują upraktycznienie niewiele z tego wychodzi, bo nauczyciele zastali są w swoich metodach, a i środków na praktyczne przekazywanie wiedzy niejednokrotnie brakuje, choć tutaj zwykle sobie można dać jakoś radę. Zresztą, czasem odnoszę wrażenie, że nauczyciel woli, kiedy uczeń za dużo nie myśli, bo z myślenia rodzą się trudne pytania i niewygodne dyskusje. Skutkuje to też tym, że uczeń boi się popełniać błędy, bo do wiedzy czy umiejętności nie dochodzi ich drogą, a drogą wyklepania tego, co w podręczniku. Ja zdecydowanie nie jestem zwolenniczką pamięciowego wkuwania teorii. Nawet małe dziecko jest w stanie zinterpretować wiersz czy dostrzec reguły rządzące otaczającym je światem, kiedy tylko pozwolimy mu na własną interpretację faktów i zaprzężemy dziecięcą fantazję. Może troszeczkę jest mnie w stanie przekonać argument, że pewnych rzeczy trzeba się nauczyć - ot, choćby słownictwa z języka obcego; ja się go wprawdzie uczę bezboleśnie, łącząc przyjemne z pożytecznym, czyli klikając na portalu i mrucząc słówka pod nosem, nie każdy ma jednak dar podzielnej uwagi, więc czasem trzeba usiąść i w mózgownicę wryć. Mniej mnie przekonuje argument ćwiczenia pamięci, bo po sobie wiem, że kwestie wyuczone pamięciowo, literka w literkę, umykają mi po chwili, a przeczytane ze zrozumieniem zostają na długo. Zupełnie za to nie przekonuje mnie argumentacja, że człowiek inteligentny i/lub wykształcony powinien pewne rzeczy wiedzieć. Zgoda, całkowicie temu twierdzeniu przeczyć nie zamierzam, jednak wkuwanie na pamięć stolic państw azjatyckich, dokładnych życiorysów większych i mniejszych literackich sław czy zasad działania układu wydalniczego dżdżownicy niekoniecznie mnie przekonuje. Piłka jest krótka: nie obracam się w towarzystwie totalnych ignorantów, nie przypominam sobie jednak byśmy na powyższe tematy prowadzili pasjonujące rozmowy na długich przerwach.

Na jednym z kursów zadano nam pytanie, co zrobilibyśmy, gdyby nasz samolot rozbił się na pustyni, a nam udałoby się przeżyć. Mieliśmy zdecydować, czy czekamy na pomoc przy wraku, czy udajemy się w bliżej nieokreślonym kierunku w poszukiwaniu tejże pomocy. Do dyspozycji mieliśmy zestaw rzeczy wydobytych z samolotu, między innymi: scyzoryk, mapę, materiały opatrunkowe, wodę, pistolet, małe lusterko. Zdecydowana większość z nas postanowiła, że uda się w mozolną podróż przez pustynię, bo siedzenie i bezczynne czekanie do niczego dobrego nie prowadzi, a idąc gdzieś się zawsze dochodzi. Łatwo przewidzieć, że sczeźlibyśmy zakopani w piasku, wysuszeni słońcem albo schłodzeni przez pustynne noce. Mądrzej byłoby zostać, czekać na pomoc i wykorzystać proste prawa natury, by uzyskać więcej wody niezbędnej do przeżycia. Okazało się również, że w intelektualnie krytykowanej na czym świat stoi Ameryce, większość rozbitków zostałaby na miejscu i potrafiła wykorzystać ocalałe z katastrofy przedmioty, zwiększając swoje szanse na przeżycie. Czyżby więc było trochę tak, że encyklopedyczną wiedzą łatamy dziury w praktycznych umiejętnościach?

18 komentarzy:

  1. Na dwa pytania znam odpowiedz:) yay;-)
    A tak powaznie, neurobiolodzy twierdza, ze mozg da sie wycwiczyc - tak zeby lepiej przyswajal informacje. Wiec uczenie sie na pamiec od najmlodszych lat(wierszyki w przedszkolu!) ma sens. Jednak zgadzam sie, ze wiekszy trzeba klasc nacisk na stosowanie zdobytej wiedzy. Przy czym, nie jestem pewna czy zdrowego rozsadku mozna nauczyc. Poza tym, moze Ci badani Amerykanie byli leniwi i nie chcialoby sie im przez pustynie. Albo naogladali sie serialu "Lost". Ja sama bym raczej nie szla... W kazdym razie, chcialam tylko zaznaczyc, ze nawet jesli nie pamietamy wszystkich faktow, ktorych sie uczlismy to nasz mozg robi sie przez sam fakt uczenia sie bardziej plastyczny. Poza tym... ja to bym chciala wiedziec jakie morza łączy Cieśnina Malakka;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja znam odpowiedź na jedno na pewno, myślę, że na dwa od biedy bym wykombinowała, ale wybierałam takie pytania, które mnie wydawały się kosmiczne :)
      Ach, wiedzieć jakie morza łączy Cieśnina Malakka też bym chciała, ale niekoniecznie chciałabym uczyć się tego na pamięć w szkole: wolałabym przeczytać dla przyjemności. Bo kiedy uczymy się pewnych "zbędnych" rzeczy z ciekawości, to zupełnie inna sprawa: wtedy sobie zaśmiecajmy umysł ile dusza zapragnie!
      Zgadza się, mózg robi się bardziej plastyczny od uczenia się, ale przecież ja uczenia się nie neguję, neguję bezmyślne pamięciówki. Zresztą, sama ich nie ciepię (nie znosiłam uczyć się wierszyków na pamięć i zapominałam je zaraz po zaliczeniu), ale problemów z nauką nie mam i jeszcze całkiem niedawno, kiedy robiłam studia uzupełniające, wystarczyło mi przeczytać dwa razy tekst, by iść na egzamin. Byle nie pamięciowy z serii literka w literkę - te oblewałabym koncertowo.
      B., mieszkasz w Stanach: oni są rzeczywiście tacy głupi? Ja myślę, że nie głupsi niż Polacy, a pamiętaj, że ja Polaków mam na co dzień ;)
      Może tylko my bardziej umiemy kombinować, bo tego od nas wymaga życie.

      Usuń
    2. Jedyne czego sie na razie nauczylam o Amerykanach to to, ze nie nalezy ougolniac. Ameryka to wielki kraj... i naprawde kazdy stan jest inny., Ludzie sa inni, edukacja jest inna itp:) I ja sie przestalam oburzac, ze ludzie czesto nie wiedza gdzie dokladnie ta Polska lezy (a wielu wie!), bo ja ciagle nie pamietam gdzie dokladnie lezy Ohio:)

      Usuń
    3. Przeczytałaś w moich myślach: też się nie oburzam, że Amerykanie nie wiedzą, gdzie Polska leży. Znaleźli się u nas maturzyści, na ochotnika zdający geografię, którzy nie potrafili umiejscowić na mapie województwa śląskiego. Biorąc pod uwagę, że w nim mieszkamy, jakby kapkę wstyd.

      Usuń
  2. To, o czym piszesz, już od dawna mnie nurtuje. Szkoła uczy wiedzy niejako oderwanej od życia. Pamiętam, jak denerwowałam naszą Historyczkę, nie wymagając od Uczniów wkuwania dat. /Poza kilkoma naprawdę 'sztandarowymi'/. Daty można w każdej chwili sprawdzić, ważniejsze dla mnie było logiczne łączenie w ciąg wydarzeń: dlaczego doszło do np. powstania styczniowego, czy miało ono sens /dopuszczałam odpowiedzi: 'tak' i 'nie', pod warunkiem, że delikwent umiał je udowodnić/ itp. Z religią to już w ogóle podpadałam 'wierchuszce', gadając całymi lekcjami o moralnej ocenie przeszczepów, czy stanowisku Kościoła w rozmaitych sprawach, zamiast przepytywać z 10 przykazań.
    Takich, jak ja kilkoro było, jest i będzie. Ale to kropla w morzu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Gdzie Ty byłaś, jak ja byłam uczennicą, hę? Choć w sumie ja narzekać nie mogę, bo w porównaniu z tym, co widzę teraz w szkole, ja miałam szkołę idealną: historyka miałam Twojego pokroju, geografkę zarażającą mnie miłością do świata (nawet studiować chciałam geografię, ale matematyka była na egzaminach wstępnych), księdza (do trzeciej klasy, bo potem nas religię przeniesiono do szkół) fantastycznego i pozwalającego stawiać trudne pytania, a teraz... tylko patrzę jak dzieciaki wrywają encyklopedyczną wiedzę, a znaleźć informacji w źródłach nie potrafią. I w ogóle drażni mnie, kiedy na moich lekcjach nawet nie próbują próbować, wychodząc z założenia, że nie warto, bo przecież i tak nie umieją. I części zupełnie nie umiem przekonać, że próbując uczą się najszybciej.
      Dodam jeszcze, że najgorzej, kiedy takich jak Ty nie lubi dyrekcja...

      Usuń
  3. Podstawówka (ale to było dawno) kojarzy mi się wyłącznie z wkuwaniem, dosłownie wszystkiego! Dlatego lubiłam rysunki:) W liceum byłam w klasie matematyczno - fizyczej,logiki próbowano mnie nauczyć, ćwiczeń było makabrycznie dużo i to na za wysokim poziomie. Podejrzewam, że gdybym nie czytała przez te wszystkie lata, moja wyobraźnia byłaby zerowa. To mnie chyba uratowało, później bardzo była mi potrzebna.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Podstawówka kojarzy mi się z niechęcią totalną do plastyki. Ale to kwestia tego, że na moim kubistycznym talencie się jakoś nikt nie poznał :)
      Ja ponoć jestem dość logiczna, choć za matematyką nie przepadam. O fizyce nawet nie będę wspominała. Ale Ty poruszyłaś ważną kwestię, która już kiedyś chodziła mi po głowie: oczytanie. Dzisiejszym uczniom brakuje oczytania. Nie wszystkim, wiadomo, ale wiem po sobie, że sporo wiem skądś, i to nie za szkoły. Czyli z czytania właśnie.

      Usuń
  4. Postawiłaś pytania z wielu dziedzin nauki, tymczasem w dorosłym życiu oczekuje się od nas pewnego rodzaju specjalizacji. Uważam jednak, że należy orientować się w każdej dziedzinie, bo nigdy nie wiadomo kiedy taka wiedza może się przydać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie neguję potrzeby orientowania się w wielu dziedzinach czy uczenia się - bez przesady, w końcu sama nauczam, neguję potrzebę wkuwania zbędnej teorii na pamięć. Praktyczne przyswajanie wiedzy, a jeśli tak się nie da, przyswajanie jej ze zrozumieniem pozwala jej na dłużej zostać w głowie.

      Usuń
    2. No ale takie słówka i zasady gramatyczne to trzeba jednak wkuć. :D

      Usuń
    3. Fakt. Choć te wkute, żeby zaliczyć egzamin, dawno już zapomniałam :)

      Usuń
  5. Wahałam się przy metaforze i paraboli, a resztę olałam, bo zwyczajnie nie wiem :)))

    Zadanie z rozbitkami pamiętam ze szkolenia na temat odpowiedzialności w grupie. Choć tam było pytanie dotyczące nawet nie tego, co robimy, a jedynie co bierzemy.

    Nie lubię Amerykanów i źle mi z myślą, że naród uważany przeze mnie za prosty, a nawet prostacki, jest w stanie przeżyć, podczas gdy np. ja pewnie nie. Ale co do wiedzy, to według mnie kolejne reformy skracają materiał, jaki uczniowie mają do opanowania. I wcale to nie wychodzi na dobre.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To podajmy sobie łapki, bo ja w tym samym pytaniu nie miałabym wątpliwości :)
      Ja o Amerykanach właściwie nie mam zdania: znałam kilkoro, całkiem mili byli, z jednym mi się nawet poromansowało - ludzie jak ludzie, jak my.
      Reformy zaś materiał okrawają, czego akurat nie jestem do końca przeciwniczką, jak napisałam powyżej. Jednak eliminować należy wiedzę stricte encyklopedyczną, a tu się okazuje, że eliminuje się głównie myślenie. I tylko się bezmyślność promuje, wprowadzając maturę od 30%, amnestie, promocje z niedostateczną i takie inne absurdalne rozwiązania.

      Usuń
  6. ciekawe ... zawsze miałam amerykanów za niezbyt rozgarniętych ale z kolei, że my walimy w mózgownicę tony niepotrzebnych wiadomości zapominanych szybciej niż żeśmy je wkuwali to wiem nie od dziś. Pamiętam jakby to było wczoraj moją maturę pisemną z biologii kiedy to dziewczyna siedząca przede mną a nieznana mi bo z innej klasy, odwróciła się do mnie i szeptem zapytała z jakiej uczyłam się książki i o czym piszę. Podałam jej więc mój temat oraz książkę choć wkuwałam z różnych. Dziewczyna się ucieszyła bo pisała na ten sam co ja. Zadała kolejną serię dziwnych pytań minn czy pamiętam w tejże książce zdjęcie przekroju liścia na stronie jakiejś tam ... powiedziałam, że owszem kojarzę liść na co ona do mnie: to powiedz mi od jakich słów zaczyna się akapit pod zdjęciem bo zapomniałam i nie umiem dalej ruszyć z pisaniem.

    Szczęka opadła mi aż do kopalni i wróciła na swoje miejsce dopiero wieczorem w domu ...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Amerykanów niemal wszyscy mamy za mało rozgarniętych, ale czasem mi się zdaje, że podobnie patrzymy na cały świat: ot, takie nasze poprawianie sobie humoru, bo niby czemu akurat my mamy być mądrzejsi?
      Przykład, który podałaś, najlepiej ilustruje bezsens bezmyślnego wkuwania na pamięć. Sama to przerobiłam pytając uczniów z notatki o Londynie: mieli zapamiętać kilka zabytków, a recytowali mi stronę na pamięć. Skończyło się na tym, że musiałam śledzić w zeszycie, co podałam, bo jak się któreś zacięło, to amen w pacierzu.

      Usuń
  7. ja byłam kiedyś na teście rekrutacyjnym do urzedu celnego i pytania były: kto wymyślił żarówkę, odległość jakiejś tam planety od słońca,o jakimś królu też coś było... masakra!
    a z ustaw,min.KPA 5 pytań na 30!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo chyba tylko o to chodziło, by wyeliminować przeciwnika :|

      Usuń