Wygrała pani siódmego kota, mruczy mi w spodnie dresowe czarno-biały przybłęda, ocierając się sumiastymi wąsiskami i trącając pustą miskę chłodnym nosem. Bez wahania się spoufala, choć znamy się ledwie chwilę i nie na co dzień, pojawia się bowiem i znika, zaszczycając nas swoją obecnością raz na koci rok. Wsypuję mu garść karmy i przez chwilę słucham, jak kuleczki chrupią miażdżone kocimi zębiskami. Jak to jest, że wygrywam jedynie koty? Zwabione kocicami i pełną miską na ganku - nie wiem, co stanowi większą pokusę - ciągną do nas niczym ćmy do światła, tymczasem inne nagrody nawet nie majaczą na horyzoncie. Można rzec, że nigdy w życiu niczego nie wygrałam. Materialnego, pomińmy dziś rozważania na poziomie emocjonalnego filozofowania. To moje nigdy w życiu jest delikatnym przekłamaniem, bo w jakieś ósmej klasie podstawówki wygrałam szkolny konkurs na opowiadanie science fiction. Gatunek, który teraz mnie nudzi, i którzy - cóż - traktuję jak mało wart uwagi, niegdyś był moim koronnym i czułam się jak ryba w wodzie fantazjując o kosmitach, kosmicznych podróżach, kosmicznych przygodach czasem okraszonych kosmiczną miłością po kres kosmosu i - ponownie cóż - składając powyższe fantazje kosmicznie koślawym, infantylnym i naiwnym stylem. Szkolne jury jednak doceniło dziecięce wysiłki i przyznało mi pierwszą nagrodę. Teoretycznie. Praktycznie bowiem całą śmietankę spił mój młodszy brat, za którego opowiadanie napisałam. Takie małe kłamstewko. Ghostwriting, byśmy dziś rzekli. Zupełnie nie pamiętam, jaką brat nagrodę dostał. Żadną wartą uwagi pewnie, skoro z pamięci uleciała. Niemniej chyba żal mi było, że nie mogłam paradować w wawrzynie zwycięzcy. Nic to, dawne dzieje. Mniej dawno wygrałam po raz drugi, w konkursie któregoś z tygodników. Konkurs bynajmniej nie wymagał ode mnie zdolności literackich, raczej zdolności zerowych, wystarczyło odpowiedzieć na pytanie dla idiotów i wysłać do redakcji kartkę. Wystartowałam od niechcenia, więc niemało się zdziwiłam, kiedy po jakimś czasie przyszła przesyłka. Kaseta video z filmem z Jimem Carreyem. Miło. Tym milej, że akurat tego aktora zniosłam jakoś w Brusie wszechmogącym, nie trawiąc go serdecznie w pozostałych filmach, kaseta więc wylądowała w kącie, w którym pewnie do tej chwili leży. Dziewicza, wciąż nieobejrzana. Po tych nie do końca pozytywnych doświadczeniach zrezygnowałam z brania udziału w jakichkolwiek konkurach. Choć nie, raz jeszcze wysłałam konkursowy kupon. W dwutygodniku tym razem, należało odgadnąć fragment zdjęcia z której strony pojawił się na stronie konkursowej. Wysilili się na takie szczególiki, że dla mnie, osoby nieszczególnie spostrzegawczej, było to zadanie niemałej trudności. Przekonana jednak o prawidłowości swoich odpowiedzi, już widziałam siebie w full wypas bryce, która była nagrodą główną. Jakież było moje zdziwienie, gdy okazało się, że nikt nie odgadł wszystkich zdjęć. Jeszcze mocniej się zdziwiłam, gdy stwierdziłam, iż jedynie w ostatnim zdjęciu mam błąd - jak jakieś kilka tysięcy innych czytelników. Słowa nie opiszą mojego zdumienia, gdy okazało się, że gdybym posłuchała Eksa, full wypas bryka byłaby nasza. I znów wszystko przez te baby, ech. A mówił, żebym się nie upierała, tylko mu zaufała. Cóż, nie mieliśmy do siebie zaufania w życiu, czemu miałabym mu ufać konkursowo? Tak to właśnie wyleczyłam się z wszelkich konkursów (konkurs na Bloga Roku w pierwszej i drugiej edycji był niewiele znaczącym epizodem, umówmy się, choć w nagrodę czytała mnie pani Krystyna Kofta), przez co nie mam żadnych szans na wygranie jakiejkolwiek kolejnej nagrody, bo wiadomo, żeby wygrać, trzeba grać. Tymczasem z łatwością i bez grania wygrywam casting na wybrankę dopieszczającą majowe kocię Nikitą zwane, które - w odróżnieniu od pozostałych, wielce nieinwazyjnych, niedotykalskich wręcz kotów - bezpardonowo pcha się na moje kolana, stamtąd na laptopa i każe się głaskać, a nie bloga pisać. Cóż, nagrody przecież nie wyrzucę, tak rzadko mi się zdarzają.
Wygrać kota - to jest to :)))
OdpowiedzUsuńTo ja, przyznam, wygrywałam kilkakrotnie, ale tak do 18-tki, potem już zabrakło mi impresaria, który by min podtykał konkursy pod nos i wysyłał za mnie wiersze. Jeździło się do Warszawy i odbierało nagrody za poezję, poznało się panią Chotomską i paru innych znanych ludzi, a teraz się skończyło i moja gwiazda przyblakła :)))
a ta nagroda to tak na stałe już ???
OdpowiedzUsuńI ja nigdy niczego nie wygrałam, no poza moją cudną rodzinką ale to innego rodzaju konkurs czy loteria :) A Ty ciesz się z wygranej, głaszcz, tul wtedy każda ze stron będzie wygrana, ściskam mocno.
OdpowiedzUsuńKen G., panią Chotomską też "poznałam", na targach książki. Aż kupiłam jakąś książeczkę dla dzieci, żeby mi miała gdzie autograf złożyć.
OdpowiedzUsuńA literacko to ja się do trzydziestki marnowałam, a potem założyłam bloga ;)))
Polly, nagroda w postaci czarno-białego kocura raczej sezonowa, Nikita za to z nami zostanie, choć miała iść w świat - Duński się z nią rozstać nie chce.
Marlenko, w tej loterii zwanej miłością, to najcenniejsza z nagród - dobrze wybrać.
Nikita zaś chyba czasem na dość czułości, tak ją pieścimy zachłannie ;)
Moje szczęście w tym zakresie niestety też na wymarciu. Kiedyś, w podstawówce była taka gazetka dla młodzieży z diabełkiem, pojęcia nie mam jak się nazywała, ale były tam przeróżne konkursy za których rozwiązanie była nagroda, tam tylko odnosiłam sukcesy, na koniec dostałam dyplom na największą liczbę prawidłowo rozwiązanych zadań. Jak sobie teraz przypomniałam o tym to śmiać mi się chce. Taka duma mnie wtedy rozpierała.
OdpowiedzUsuńZa to dziś nie mam nawet szczęścia w lotku. Mówią że wtedy w miłości się ma, ale ze względu na brak obiektywności nie wypowiem się. Pozzdrawiam
a nie myslalas, zeby teraz zaczac cos pisac (poza blogiem)?
OdpowiedzUsuńJak się nie gra to się nie wygrywa . Też tak mam !
OdpowiedzUsuńGreensalt, czyli w sumie nie wiadomo, czy Twoje szczęście jest na wymarciu: wiesz, w Totolotku jest tak marna szansa na wygranie, że w ogóle nie wiem, jak ktokolwiek tam wygrywa.
OdpowiedzUsuńA z tym szczęściem w miłości, a nie grach, czy na odwrót, to tylko gadanie: dobrze brzmiało, to się ludziska powiedzenia uczepili, o.
Zielona, myślałam, ale głównie na myśleniu się kończy. Pisuję czasem zmuszona do lokalnej gazety.
Air, generalnie mi tych wygranych nie brakuje, bo zwykle jakiś badziew wygrać można, a ja nie mam natury chomika.