KLIK w coś jakby na temat
Wypisałam cały żal i skrzętnie zamknęłam go w szkicowniku. Wyrzuciłam z siebie bezradność w obliczu problemu, który spędza mi sen z powiek, jego istnienie przedłuża się bowiem niebezpiecznie, rodząc w nas frustrację, ta zaś wylewa się z nas falami głośnych sprzeczek i cichych godzin, zatruwając dni i roztrzaskując noce. Wpatruję się w Verdanę liter, kursor myszki rozcapierzoną łapką obejmuje przycisk "usuń", a we mnie mocuje się chęć ekshibicjonistycznego wygadania się z niechęcią do publicznego prania brudów.
W początkach bloga łatwiej mi przychodziło rozebrać się tutaj do emocjonalnego naga, zapisać rozterki czarną literą na białym tle, wylogować się z uczuć katujących duszę wieczną tęsknotą, w razie potrzeby wcisnąć Alt F4, w razie innej potrzeby otworzyć edytor i zalać czytelnika słowami potrzebnie i niepotrzebnie ze mnie ulatującymi. Teraz kładę słowa na osobistej wadze i deliberuję, czy ten kawałek mnie wystawić na widok publiczny. Dać się pogłaskać, pozwolić się wychłostać, postawić czytelnika w niezręcznej sytuacji patrzenia na mnie zawodzącą, niedającą sobie rady z codziennym kamieniem u szyi.
Usunąć? Opublikować?
Nie wiem. Nie wiem. Nie wiem.
Ile tutaj zostawić, by nie poczuć niesmaku, by nie żałować po fakcie nadmiernej wylewności? Wyłożyć kawę na ławę i nie kazać czytelnikowi snuć domysłów, czy owinąć w bawełnę, dotknąć problemu, nie przez pryzmat siebie, a zostawić czytelnika z pytaniem, czy to tylko kolejna refleksja na temat świata wokół, czy mało ewidentne nawiązanie do tego, co we mnie eksploduje?
Nie wiem. Nie wiem. Nie wiem.
Zwykle wiedziałam, tym razem nie wiem.
Wypisałam cały żal i skrzętnie zamknęłam go w szkicowniku. Wyrzuciłam z siebie bezradność w obliczu problemu, który spędza mi sen z powiek, jego istnienie przedłuża się bowiem niebezpiecznie, rodząc w nas frustrację, ta zaś wylewa się z nas falami głośnych sprzeczek i cichych godzin, zatruwając dni i roztrzaskując noce. Wpatruję się w Verdanę liter, kursor myszki rozcapierzoną łapką obejmuje przycisk "usuń", a we mnie mocuje się chęć ekshibicjonistycznego wygadania się z niechęcią do publicznego prania brudów.
W początkach bloga łatwiej mi przychodziło rozebrać się tutaj do emocjonalnego naga, zapisać rozterki czarną literą na białym tle, wylogować się z uczuć katujących duszę wieczną tęsknotą, w razie potrzeby wcisnąć Alt F4, w razie innej potrzeby otworzyć edytor i zalać czytelnika słowami potrzebnie i niepotrzebnie ze mnie ulatującymi. Teraz kładę słowa na osobistej wadze i deliberuję, czy ten kawałek mnie wystawić na widok publiczny. Dać się pogłaskać, pozwolić się wychłostać, postawić czytelnika w niezręcznej sytuacji patrzenia na mnie zawodzącą, niedającą sobie rady z codziennym kamieniem u szyi.
Usunąć? Opublikować?
Nie wiem. Nie wiem. Nie wiem.
Ile tutaj zostawić, by nie poczuć niesmaku, by nie żałować po fakcie nadmiernej wylewności? Wyłożyć kawę na ławę i nie kazać czytelnikowi snuć domysłów, czy owinąć w bawełnę, dotknąć problemu, nie przez pryzmat siebie, a zostawić czytelnika z pytaniem, czy to tylko kolejna refleksja na temat świata wokół, czy mało ewidentne nawiązanie do tego, co we mnie eksploduje?
Nie wiem. Nie wiem. Nie wiem.
Zwykle wiedziałam, tym razem nie wiem.
Jak nie wiesz to lepiej nie wylewaj na blogu , masz przecież adresy email'owe wybierz kogoś i wylej będzie Ci lżej . :-)
OdpowiedzUsuńco ci da, ze wyszczegolnisz swoj zal? chcesz porady? wspolczucia? nie sadze. owszem, wypiszesz sie, podzielisz swoje cierpienie na kilkanascie osob, ale czy bedzie to wystarczajaco glebokie, zeby cie zadowolilo? chyba, ze wystarczy ci zrozumienie, albo chociaz oswiadczenie o zrozumieniu? bo nigdy nie wiesz, co mysli czlowiek, ktory "przytula" wirtualnie w 2 zdaniach komentarza...
OdpowiedzUsuńchyba ci nie pomoglam :(
Air, albo zwyczajnie się umówię na kawę z kimś, kto zna mnie lepiej niż wszelkie wirtualne bliskie dusze :)
OdpowiedzUsuńDosiu, w gruncie rzeczy pomogłaś, bo też nie jestem przekonana, czy współczucie i zrozumienie są tym, czego mi potrzeba. Nie tędy droga. Drogą byłoby konkretne działanie, jakaś konkretna oferta, a na to na blogu nie liczę. Ba, nie wiem, czy chciałabym taką dostać.
A wirtualnego, i nie tylko, głaskania po głowie nie znoszę. Wolę kopa w zadek.
ha a ja wiem !!!! miałam kiedyś pisząc już bloga podobny problem i rozterkę. Napisałam coś ale nie chciałam dać na bloga bo było zbyt osobiste. Oczywiście socjolog ma różne dziwaczne pomysły co robić w takich przypadkach więc wpadłam na genialny pomysł i wysłałam moją paplaninę do przypadkowo wybranej osoby :))) szczegółów Ci oszczędzę ale odpisała, poradziła, pomogła się wygadać mailowo i problem zniknął.
OdpowiedzUsuńDziwaczna metoda jak przystało na socjologa ale polecam :)))
Jesteśmy więc na tym samym etapie, o ile tu na blogspocie jest mi łatwiej bo kontroluję czytelnię to na onecie gdzie skrywam się pod nickiem (cicho sza) od pewnego czasu zaprzestałam osobistych postów. Wczoraj był jeden z tych dni kiedy biłam się z myślami, kiedy potrzeba wygadania się była tak silna że wręcz nie do okiełznania...z drugiej strony wciśnięcie "publikuj" graniczyło z cudem, sama nie wiem co począć w takich sytuacjach...ściskam mocno.
OdpowiedzUsuńja tez wole kopa - zawsze to energia, ktora wyzwala inna energie, jak tarcie, ktore powoduje iskrzenie :)
OdpowiedzUsuńPolly, do przypadkowo wybranej, powiadasz. Kurczę, nie wiem, chyba wolałabym do nieprzypadkowo wybranej, ale.. drobiazgów się czepiam: ważne, że mailowo, a nie publicznie.
OdpowiedzUsuńMarlenko, hmm, skrywasz się pod nickiem, a ja nic o tym nie wiem? No, nie wiem, czy tak można ;)
Ale serio, faktycznie z kontrolowaną czytelnią jest łatwiej zdecydować się na publikację. Ja jednak nieprzyzwyczajona jestem, wciąż mam sentyment do nieohasłowanego Onetu, gdzie każdy może wejść. Może kiedyś zostanę tylko tutaj, tutaj i bez hasła takie tłumy nie walą, a na razie, cóż, będę się z myślami biła w chwilach słabości.
Dosiu, no właśnie. A co daje przytulanie? Jeszcze większe rozczulenie, większe jęczenie :)
wybierz kogo chcesz w takim razie ale ja jednak radzę mailowo :)
OdpowiedzUsuńech, mnie tak czasem nachodzi zeby cos napisac - ot tak wyrzucic z siebie, a rozum podpowiada ze nie powinnam. Zwykle wtedy sie powstrzymuje... bo przeciez zwykle lepiej z kims pogadac.
OdpowiedzUsuńPolluśka, chyba jednak wybiorę się na kawę. Wirtualnie już się wypisałam, choć nikt tego nie przeczytał :)
OdpowiedzUsuńZielona, też uważam, że można zwyczajnie z kimś porozmawiać. Z kimś, kto zna nas na co dzień, a nie tylko z blogowych strzępków. Bo jednak tutaj wiemy o sobie tyle, ile sami napiszemy. I może jeszcze ile między wierszami uważnie wyczytamy, ale w tym przypadku można zawsze pomylić się z interpretacją.
Tanya, zawsze to mam przy sprawach ważnych i prawdziwych, blog się do tego jednak nie nadaje...
OdpowiedzUsuńjeśli masz z kim dobrze wypić tę kawę...
pocieszanie blogowe to dla mnie to, że ktoś zagląda, czasem to bardzo dużo, ale na życie za mało...
myślę o Tobie:)
Mam z kim wypić kawę, Signe.
OdpowiedzUsuńTak. Wiesz, już rozmowa pod tą notkę wystarczyła, nie potrzebuję więcej, nie muszę się odkrywać tutaj całkowicie, bo masz rację: to, że jesteście, to bardzo wiele. Bardzo! Ale na życie to czasem/często za mało. Bo słowa to na życie za mało, słowami można wesprzeć, ale nie do końca z posad ruszyć.
Dziękuję :)