Gdybym kiedykolwiek zapomniała, jaką iluzją jest anonimowość w sieci, zawsze mogę zajrzeć do pewnej wiadomości na Naszej Klasie, którą dostałam spory już czas temu. Ponieważ nigdy nie myślałam, że ktoś zupełnie obcy będzie starał się mnie wyśledzić, mail - skądinąd bardzo miły, zupełnie nienachalny i absolutnie niewinny - od mężczyzny zupełnie mi nieznanego wprowadził mnie w stan chwilowego szoku. Nie, żebym była przekonana, iż jestem nie do wytropienia, bo istnieją narzędzia mogące na podstawie mojego IP wyczytać pewnie mój kod genetyczny (a jak jeszcze nie istnieją, to zaistnieją), ale sam fakt, że ktoś może chcieć mnie odszukać z imienia i nazwiska delikatnie zbił mnie z tropu. Oczywiście wielu z Was zna mnie z danych personalnych, pipidówki na mapie, koloru oczu i kilogramów w zapasie, jednak dzielenie się powyższym było z mojej strony działaniem świadomym i podjętym w pełni władz umysłowych, takie akty zaś nie tchną poczuciem zagrożenia. Choć nie, słów użyłam zbyt szumnych: sytuacja była nie tyle groźna, ile niezręczna. Nie znaczy to bynajmniej, że wydarzenie opisane powyżej, jak i te wspomniane poniżej, zmusiłyby mnie do zastanowienia się nad porzuceniem bloga. Ba, jedynie na kilka chwil przywołały myśl o zmianie adresu czy ukryciu archiwum, które wypełnione jest krępującymi niejednokrotnie wyznaniami. Jeszcze się jednak taki nie urodził, który by mnie do ucieczki zmusił - w to chcę wierzyć, naiwna to wiara czy nie.
W powyższe uwikłany był człowiek mi obcy, zdecydowanie mniej zręcznie poczułabym się jednak, gdyby okazało się, że czytuje mnie połowa szkoły, uczniów czy nauczycieli - mało ważne, a potem po kątach, patrząc na mnie wzrokiem dziwnym, przyklejają moim wynurzeniom etykietki, nie dając mi najmniejszej szansy na obronę swoich racji. Wprawdzie na blogu nigdy nie padła nazwa pipidówki, moje imię pojawiło się w niewielu komentarzach, niemniej jednak piszę o pewnych wydarzeniach, które mogą być przez uważnego, lokalnego czytelnika łatwo skojarzone. Tym sposobem istnieje ryzyko, że owa połowa szkoły (nie)delektuje się moimi przemyśleniami. Jakkolwiek jest, wolę pozostawać w słodkiej nieświadomości, uświadomienie skutkowałoby bowiem zbytnim cyzelowaniem słów i opinii. Wystarczy, że serducho mi drgnęło po raz pierwszy, kiedy mąż koleżanki po jednej z poleconych notek domyślił się, że tego bloga prowadzi ktoś z pipidówki (koleżanka wie, że piszę, chyba nie zna/pamięta adresu), po raz drugi, kiedy kolega z pracy zachwycił się jakąś notką (okazało się, że dostał jedynie kopię tekstu, a nie link do bloga) i po raz trzeci, kiedy wyszło na jaw, że czytująca mnie Enigma jest moją geograficzną dość bliską sąsiadką. Na ten czas wrażeń mi wystarczy.
Niekoniecznie aż tak bardzo boję się utraty (złudnej, pamiętajmy) anonimowości. Nie wypisuję wszak tutaj jakichś wielkich farmazonów, umiałabym z byciem czytaną publicznie żyć. Nick niewątpliwie daje jednak poczucie swobody, a fakt, że napiszę notkę najbardziej oczywistą nie oznacza, że od razu rozpoznają mnie pipidówkowe tłumy, a link do bloga zacznie krążyć drogą pantoflową, by w końcu ukazać się na oficjalnej stronie szkoły, pipidówki i w pipidówkowej gazecie lokalnej. Jakiś czas temu tą właśnie, zbytnią jego zdaniem, swobodę zarzucił blogującym znany dziennikarz. I rozpętał którąś tam wojnę blogową. Nie zamierzam się wgryzać w temat szczególnie dokładnie, jednak wracając do myśli wyrażonej w pierwszym akapicie, jestem pewna, że gdybym śmiała obrazić tutaj kogokolwiek z ludzi władzy i wpływu, znaleziono by mnie po IP w tempie bardziej niż błyskawicznym, nie pozostawiając cienia szansy na obronę. I tak oto skończyłaby się moja uprzywilejowana pozycja anonimowej blogującej. Ciągano by mnie po sądach w nieskończoność (albo skończono by ze mną w try miga), gdy tymczasem którykolwiek z dziennikarzy wyrażających swoje myśli (kto to wie, czy do końca) otwarcie zasłoniłby się wolnością prasy i postawiłby na straży prawa do wyrażania swoich przekonań całą stojącą za nim korporację. Kto stoi za mną? Duński i koty. Przy czym co do Duńskiego, z jego jak-pies-do-jeża podejściem do blogów, pewności nie mam.
W powyższe uwikłany był człowiek mi obcy, zdecydowanie mniej zręcznie poczułabym się jednak, gdyby okazało się, że czytuje mnie połowa szkoły, uczniów czy nauczycieli - mało ważne, a potem po kątach, patrząc na mnie wzrokiem dziwnym, przyklejają moim wynurzeniom etykietki, nie dając mi najmniejszej szansy na obronę swoich racji. Wprawdzie na blogu nigdy nie padła nazwa pipidówki, moje imię pojawiło się w niewielu komentarzach, niemniej jednak piszę o pewnych wydarzeniach, które mogą być przez uważnego, lokalnego czytelnika łatwo skojarzone. Tym sposobem istnieje ryzyko, że owa połowa szkoły (nie)delektuje się moimi przemyśleniami. Jakkolwiek jest, wolę pozostawać w słodkiej nieświadomości, uświadomienie skutkowałoby bowiem zbytnim cyzelowaniem słów i opinii. Wystarczy, że serducho mi drgnęło po raz pierwszy, kiedy mąż koleżanki po jednej z poleconych notek domyślił się, że tego bloga prowadzi ktoś z pipidówki (koleżanka wie, że piszę, chyba nie zna/pamięta adresu), po raz drugi, kiedy kolega z pracy zachwycił się jakąś notką (okazało się, że dostał jedynie kopię tekstu, a nie link do bloga) i po raz trzeci, kiedy wyszło na jaw, że czytująca mnie Enigma jest moją geograficzną dość bliską sąsiadką. Na ten czas wrażeń mi wystarczy.
Niekoniecznie aż tak bardzo boję się utraty (złudnej, pamiętajmy) anonimowości. Nie wypisuję wszak tutaj jakichś wielkich farmazonów, umiałabym z byciem czytaną publicznie żyć. Nick niewątpliwie daje jednak poczucie swobody, a fakt, że napiszę notkę najbardziej oczywistą nie oznacza, że od razu rozpoznają mnie pipidówkowe tłumy, a link do bloga zacznie krążyć drogą pantoflową, by w końcu ukazać się na oficjalnej stronie szkoły, pipidówki i w pipidówkowej gazecie lokalnej. Jakiś czas temu tą właśnie, zbytnią jego zdaniem, swobodę zarzucił blogującym znany dziennikarz. I rozpętał którąś tam wojnę blogową. Nie zamierzam się wgryzać w temat szczególnie dokładnie, jednak wracając do myśli wyrażonej w pierwszym akapicie, jestem pewna, że gdybym śmiała obrazić tutaj kogokolwiek z ludzi władzy i wpływu, znaleziono by mnie po IP w tempie bardziej niż błyskawicznym, nie pozostawiając cienia szansy na obronę. I tak oto skończyłaby się moja uprzywilejowana pozycja anonimowej blogującej. Ciągano by mnie po sądach w nieskończoność (albo skończono by ze mną w try miga), gdy tymczasem którykolwiek z dziennikarzy wyrażających swoje myśli (kto to wie, czy do końca) otwarcie zasłoniłby się wolnością prasy i postawiłby na straży prawa do wyrażania swoich przekonań całą stojącą za nim korporację. Kto stoi za mną? Duński i koty. Przy czym co do Duńskiego, z jego jak-pies-do-jeża podejściem do blogów, pewności nie mam.
Blog miał być dla mnie miejscem, w którym będę mogła się wygadać i wyrzucić z siebie to i owo. Poniekąd tak jest, ale piszę notki streszczone, które są z mojej strony jedynie zasygnalizowaniem tematu, bo za każdym razem, gdy zaczynam pisać, włącza mi się w głowie autocenzura. A u jej podstaw właśnie poczucie, że anonimowość jest złudna i być może ktoś trafi, poczyta, poskłada do kupy...
OdpowiedzUsuńMiłego dnia.
P
Mnie na nk bardzo czesto zaparszają do znajomych, ludzie których na oczy nie widziałam a kiedy napiszę "skąd się znamy" zapada cisza, najgorsze jest to że sa to ludzie którzy wychwycili mnie na blogu gdzie figuruję wyłącznie pod nickiem, nigdy nie padło tam moje imię nawet w komentarzu...ukryłam archiwum by nie było powtórki z rozrywki i "ukochana" siostra znów mnie nie dopadła...anonimowość-nie istnieje, mam tego pełną świadomość.
OdpowiedzUsuńPozdrowionka przesyłam :)
w zasadzie przez całe lata blogowania zdarzyła mi się tylko jedna sytuacja, że osoba z blogowiska rozpoznała z imienia i nazwiska ale nie mnie tylko Lu i po nim trafiła na mnie. Jak dedukowałyśmy jakim sposobem na to wpadła to uśmiałam się co niemiara jakie mogą być dziwne przypadki. Ale to nie przyniosło nikomu szkody bo akurat była to bloggerka którą i ja znam z imienia i nazwiska i nic się nie stało. Przyznaję, że ja też przypadkiem takim czy innym dowiedziałam się personaliów sporo blogowiczek bo one same nie raz czy dwa omyłkowo podpisały się w mailu nazwiskiem. Jednak wiedza ta przynajmniej mnie nie jest do niczego potrzebna bo i tak kojarzę ludzi po nickach. Ciebie też znam z imienia nazwiska i pipidówki ale kojarzę tylko po nicku i Twoje dane mi na nic. Ale masz rację, gdyby mnie ktoś na NK napisał, że mnie zna z bloga to by mnie niemile zaskoczyło i pewnie też bym dla bezpieczeństwa nawiała w nowe miejsce.
OdpowiedzUsuńP., też mam w głowie autocenzurę, bo jednak coraz więcej ludzi wie, czym jest blog. Wprawdzie niezbyt często krytycznie opisuję tutaj zachowania konkretnych ludzi (raczej jest to mikstura różnych zbliżonych do siebie postaw), ale nigdy nie ma pewności, jak ktoś to odczyta i czy do siebie nie odniesie. I awantura gotowa, a po co mi to. Nie z powodu tak błahego, jakim jest blog. Bo w sumie blog nie jest na tyle ważny, by się o niego kłócić z ludźmi, których znam ileś tam lat.
OdpowiedzUsuńMarlenko, w sumie to wcale nie muszą być blogujący. Ja takich zaproszeń na zasadzie łańcuszka, bo ktoś zna mnie, a inny ktoś zna tego ktosia, więc czemu miałby nie zaprosić mnie, dostaję masę. Też pytam, a kiedy odpowiada cisza, odrzucam i zapominam. Kiedyś tylko rozbawiło mnie jakieś młodsze dziecię, bo na moje pytanie, skąd się znamy, odpisało, że przecież jestem z pipidówki, nie? Dobrze, że dziecię nie mieszka w stolicy, bo musiałoby całe dnie zapraszać i zapraszać, i jeszcze mogłoby nie namierzyć wszystkich Warszawiaków ;)
Polly, no właśnie, inaczej jakoś, kiedy okazuje się, że ta osoba Cię czyta, komentuje, w jakiś sposób się znacie, a ten facet był obcy maksymalnie: ani słowa u mnie na blogu nie zostawił, a znaleźć mnie postanowił, bo chciał porozmawiać na temat zbliżonych emocji, zbliżonej wtedy sytuacji w życiu. Tylko.. czy nie łatwiej byłoby napisać maila z bloga, bez nazwiska, bez śledzenia? Gdyby się okazało, że to ktoś, z kim mi się dobrze rozmawia, pewnie i tak mailowanie przeniosłoby się na gmaila, a tam podpisuję się z imienia i nazwiska. A właściwie moje dane wyświetlają się samoczynnie, a ja pod mailem wciąż podpisuję się jako tanya :)
dziwny facet. Mnie takie coś już raczej nie będzie dotyczyło bo ja już wiem kto mnie teraz czytuje :) zalety hasełka ;D
OdpowiedzUsuńDziwny, zaprzeczyć się nie da.
OdpowiedzUsuńPóki co, hasełko mnie nie ciągnie, ale nigdy nie mów nigdy ;)
No cóż z anonimowością w necie tak bywa. Tymczasem jak się okazuje mojego bloga na onecie czyta jedna z moich koleżanek, ale na szczęście tych zaufanych. To mnie zmotywowało, żeby pisać trochę bardziej z innej strony o pewnych wydarzeniach;)
OdpowiedzUsuńJa posiadam taką anonimowość że na adres domowy przychodzą karty pocztowe od anonimowych wielbicielek z miejscowości wypoczynkowych . Czy to nie najlepsza anonimowość ? eliminuje osobniki z zacięciem do dociekania (śledzenia). Szczerość rodzi niedowierzanie . Jeśli ktoś mi mówi że jestem geniusz lub odwrotnie w każdym przypadku się zgadzam a oni nie wierzą . Taka jest siła prawdy i otwartości , jeśli masz silne poczucie własnej (ograniczonej realiami) wartości.
OdpowiedzUsuńNatalio, nie czytuje moja Vice, już od ładnych kilku lat, niemal od początku bloga na Onecie. Ale to akurat jest OK, bo znamy się jak łyse konie, spojrzenie na wiele spraw mamy zbliżone, a nawet jeśli nasze opinie są rozbieżne, świetnie dajemy sobie z tym radę.
OdpowiedzUsuńAir, wielbicielkom anonimowości można pozazdrościć, Tobie - przeciwnie. Ja z podawaniem adresu jestem uważniejsza, po tym, jak taki jeden niemal bez zapowiedzi (zadzwonił z godzinę wcześniej) pojawił mi się na progu, bo akurat przejeżdżał. Tak przejeżdżał, jakby jechał z Warszawy do Krakowa przez Wrocław.
Co do mojej szczerości, generalnie nikogo nie zamierzam przekonywać: kto chce niech wierzy, kto chce niech nie wierzy. Otwarta do końca tutaj zaś nigdy nie będę, mimo wszystko to nie miejsce.
to ja sie teraz troche krepuje
OdpowiedzUsuńno to chociaż tyle;), najważniejsze, żeby czytywali nas Ci ludzie z reala, które są zaufane.
OdpowiedzUsuńPonieważ?
OdpowiedzUsuńPonieważ w przypadku mojego bloga na onecie nie chciałabym, żeby pewne informacje dostały się do niezaufanych osób.
OdpowiedzUsuńAj, aj, to "ponieważ" było do Dosi, Natalio. Zupełnie nie zauważyłam, że opublikowałyśmy komentarze o tej samej godzinie, Ty kapkę wcześniej niż ja. Przecież to, dlaczego dobrze jest, gdy czytają nas zaufani ludzie z reala jest oczywiste :)
OdpowiedzUsuńdlatego, bo, poniewaz, gdyz, azaliz - fb
OdpowiedzUsuńJestem dziś z deka niekumata: że o fb chodzi jakbym się już wcześniej domyślała, ale skąd krępowanie się? Że niby mnie?
OdpowiedzUsuńTanyuśka!!! Ty się ciesz, że stajesz się wyzwaniem dla ludzi czytających Cię :) A anonimowość to ułuda straszliwa, chociaż przyznam, że miła :)
OdpowiedzUsuńPS. Jestem za Tobą i ja. Jak będzie trzeba przytaszczę kamery!!
Oj Tanyu i ja o tym myślę ostatnio gorąco... anonimowości nie ma, a my często same zapominamy, co tam się przez te lata w archiwum nazbierało... Znam kilka blogerek osobiście, kilka mam na NK, kilka na FB, jedną przyjaźń przeniosłam na grunt typowo towarzyski i... czasem zastanawiam się co dalej...
OdpowiedzUsuńNo, Aguśka, to się konkret nazywa: teraz to i telewizję mam za sobą i niech się kombinaty kryją ;)
OdpowiedzUsuńNikki, to prawda, zapominamy: czasem ze zdziwieniem odkrywam, że taką notkę napisałam, nie tylko słów nie pamiętam, ale tematu w ogóle.
Ja nie zam nikogo z bloga osobiście, co trochę może dziwić, tyle przecież lat. Ale jakoś mam małą potrzebę przenoszenia tego na grunt aż tak realny. NK i FB daje wystarczającą namiastkę realności.
ze tak wyskoczylam ni z gruchy ni z pietruchy...
OdpowiedzUsuńA daj spokój, kobietko, że powtórzę. Napisałam kiedyś do Ciebie maila, posłałam ze skrzynki, gdzie samoistnie podawane jest moje imię i nazwisko, działałam świadomie (bo mam też skrzynkę blogową anonimową), więc żadne mi tam skrupuły, proszę. Miałaś prawo wyskakiwać ni z gruchy nie z pietruchy :)
OdpowiedzUsuń