13 sierpnia 2017

(Nie) chciałabym..

Zawsze chciałam być taką meduzą mówiącą miękkim głosem.
(Katarzyna Bonda)

Chciałabym mieć kruczoczarne włosy, smagłą cerę i łydki korespondujące z rozkloszowanymi sukienkami w zielone grochy.  Niestety, łatwość opalania się odziedziczyła po tatusiu siostra. To ona może usiąść ledwie na chwilę w letnim słońcu i już wygląda jak wycięta z brazylijskiego serialu, w którym apetycznie pulchna Ana Sofia Maria Inez Sanchez Garcia nie ma ani grama widocznego cellulitu, choć na pierwszy rzut oka widać, że zdrowa żywność jej nie kręci. Na szczęście, całkowitą białość po mamie przejął brat. Ja plasuje się gdzieś pośrodku i przy każdym pobycie na plaży nie tracę nadziei, że jednak uda mi się nabrać kolorków zbliżonych do brązu zanim powali mnie słoneczny udar. Czarne włosy zafundowałam sobie ostatnio przez zupełny przypadek i, choć w szkółce prawili mi, że wyglądam zadziwiająco dobrze, ja zadziwiająco jednomyślna byłam w tej materii z Narcyzem: czerń nie jest nowym brązem i dodaje mi siedem lat do wieku a odejmuje sto sześćdziesiąt siedem koma dziewięćdziesiąt osiem punktów od i tak mizernej atrakcyjności. Nad łydkami nieustannie pracuję. Staram się przynajmniej, bo aktualnie zniechęca mnie żołądek wypchany makaronem z sosem pomidorowo-warzywnym; raczej błaga mnie o sjestę niż fizyczne dokonania, rower więc jeszcze dziś pordzewieje przed blokiem a kijki jeszcze intensywniej obroną kurzem. W zamian pójdę na łatwiznę i zaparzę sobie książęcą herbatkę dla ludzie szczególnie dbających o linię, i wypiję aż dwa kubki, a może nawet i sześć. 

Nie chciałabym być kucharką, mieszkać w chmurnym zamku i wdzięczyć się do obiektywu na ściankach oklejonych reklamami kostki brukowej i soli do stóp. Ledwie minęły najgorsze upały, dopiero co trwa drugi chłodniejszy dzień, a ja już przesiaduję w zimowych skarpetach, okutana w kraciasty koc. Mogę sobie narzekać na skwar, wolę jednak brać siódmy zimy prysznic niż mieć wrażenie, że dopiero piąty sweter i siedemnaste rękawiczki pozwolą wreszcie przestać czuć mróz. Mimo iż zamki o grubych murach kryjące księżniczki o przezroczystych licach wypalają w mojej wyobraźni romantyczne znamiona, za nic nie zamieniłabym się z nimi na mój jednak nie taki przemarznięty blok. Słońce za chwilę zacznie wpadać mi przez okno, książęca herbatka rozgrzeje kości, pomarzę o walijskim Caernarfon albo o wrzosowiskach ukrytych wśród szkockich wzgórz. W kuchni spędziłam dziś kilka godzin, a wydaje mi się, jakbym tam spędziła wiek. W kuchni czas dłuży mi się niemiłosiernie, choć stworzony właśnie przecier z pomidorów łatwiejszy jest w przygotowaniu niż wpis na niniejszy blog. Znudzona jestem niczym najbardziej nieruchawy mops, kiedy Narcyz katuje mnie opowieściami o wietnamskim salcesonie, goni do kuchni, bo tu i teraz ma smak na tahini, mojo rojo czy jakiś inny liliowy sos. Nie cierpię ucierać, zagniatać, faszerować, cedzić czy siec. Nie robię też zdjęć jedzeniu, sobie zresztą też raczej nie. Celebrytką byłabym marną, wiecznie czułabym, że rozmieniam na drobne swój cenny czas, choć być może przebieranie się dwusetny raz w tygodniu, siedemsetny uśmiech dla fotoreporterów i czterechsetne zdjęcie na Instagramie są trendy, jazzy i cool. Jednak w czasach, kiedy kolejna Anna, Ewa czy Małgorzata wyskakuje mi natrętnie z lodówki i patrzy na mnie wyczekująco z okładki poradnika, spasuję i sięgnę po kolejnego Kereta. On mi nie narzuca, jak powinnam żyć. On pięknie swoją zwyczajność opisuje. Bez kazań, puszenia się i rad.