Miałam pewnie niespełna siedem lat, kiedy rodzice kupili mi rower. Żadne tam różowe cacko z bocznymi kółkami, a prawdziwy, dorosły, wymarzony. Oszalałam z radości, pocałowałam go na dobranoc i doczekać się nie mogłam, kiedy nazajutrz ojciec nauczy mnie jeździć. Szło mi różnie, jak to dzieciakowi. Tato trzymał mnie z tyłu za siodełko, ja pedałowałam z zacięciem, a on biegł za mną bez cienia zadyszki, jak to młody wuefista. Kiedy krzyknął za mną z dumą, że jadę o własnych siłach, momentalnie wjeżdżałam w krzaki, wystraszona niespodziewaną samodzielnością. Przyszedł jednak moment, w którym ojciec stał się zbędny, sama bowiem szusowałam wąskimi uliczkami miasteczka z dziecinnych lat. Aż pewnego dnia, w odruchu brawury, postanowiłam wjechać na wysoki chodnik. Rower odmówił posłuszeństwa, rozcięłam brodę do szczękowej kości, w czasie zszywania darłam się wniebogłosy i tego wieczoru nie dałam bicyklowi na dobranoc buzi. Bliznę mam do tej pory. Wyblakła nieco i nie zniechęca mnie bynajmniej od pedałowania po pipidówce, ale była, będzie i jest.
Oszaleć z radości powinniśmy z początkiem kwietnia. Przez ponad dziesięć lat gromadziliśmy szramy na psychice, zmagając się z chwiejnością, złośliwością, wszechwiedzą i nadąsaniem. Przez ten czas szkoła zdążyła po uszy zapaść się w suche badyle stagnacji, niby łamliwe, ale wyplątać się z nich nie idzie nijak. Przyszedł jednak moment, w którym pojawiła się szansa na inną przyszłość. Nowocześniejszą, z klimatem do dyskusji, do kompromisów, do daleko idących zmian. I niektórzy stanęli jak wryci, wystraszeni nieoczekiwanymi możliwościami, by po chwili zacząć intensywnie knuć. Nagle zagorzali zwolennicy zmian przedzierzgnęli się w miłośników starych systemów, kopią wilcze doły, grzeszą nieszczerością, grają na wiele frontów, jakby zawalił im się ten ich zafajdany świat. Stracili orientację. Jasny system, w którym wiadome było, kto komu się podlizuje, zmienił się w nierówność z iksem, igrekiem i może jeszcze z zet.
A ja sobie oszalałam z radości. Tak jak wtedy, kiedy miałam siedem lat.