Zupełnie nie wsiąkłam w historię trzech śląskich chłopaków, ścigających swoje muzyczne marzenia. Zanim film wszedł na ekrany, Paktofonika była dla mnie takim samym kosmosem jak fizyka kwantowa i, choć teraz lepiej wiem, czym to się je, moja opinia na temat zespołu się nie zmieniła: nie mój świat, nie mój klimat. Zresztą, nie szłam do kina, by mnie film przekonał muzycznie; szłam, bo chciałam zobaczyć mocną historię o młodości, pasji, przyjaźni, determinacji, łucie szczęścia i zaprzepaszczeniu życia. I nie dostałam żadnego z powyższych. Owszem, szkoda mi tego Magika - chłopczyka, który lawirował wśród swojej samotności, jednak jeszcze bardziej żal mi tych, których pozostawił w zdziwieniu, że już go nie ma. Ot tak, bez powodu. Czy też może bez powodu zrozumiałego dla większości. Być może gdyby film koncentrował się bardziej na powodach decyzji, na emocjonalnej szarpaninie i wewnętrznym postrzępieniu, zostałby we mnie na dłużej. Niestety, wyparował wraz z biletem wrzuconym do kosza. Do tej chwili za to tkwi we mnie absolutna cisza na zakończenie filmu. Cisza w duszach widowni circa piętnastoletniej, zapatrzonej, zafascynowanej, wstrzymującej oddech. Widowni komentującej film tym samym słowem. Zajebisty.
Stoimy sami ze sobą twarzą w twarz. Zmagamy się z własnym zestawem myśli, wątpliwości, wyborów, smutków, porażek i niedogodności. Borykamy się z własnym bagażem triumfów, sukcesów i radości. Jedni suchą stopą przebywają morze nieszczęścia, inni topią się w łyżce rozczarowania. I żadnego znaczenia nie ma dany nam od życia plik wydawałoby się szczęśliwych losów. Istnieją po prostu ci, którzy muszą wstać, zostawić wszystko i wszystkich, i wyjść. Nie umiem ich zrozumieć. I nie jestem przekonana, że zrozumieć chcę.