Skleroza osobista, papużka-ze-mną-nierozłączka, bez której jak bez ręki, tak we mnie wrośnięta, przepoczwarza się w czarną dziurę, w której gubię w niechronologicznym porządku ułożone myśli, potrzebne w danej chwili słowa i torebkę wypełnioną najpotrzebniejszymi rzeczami. Zakumplowany, wydawałoby się, diabeł przykrywa ogonem przedmioty i duszy tęsknoty, szyderczo sycząc do ucha, że czas odklepać nowennę do świętego Antoniego od rzeczy zagubionych, inaczej gwarantowana w moim mózgu o germańskiej nazwie zawierucha. Jeśli, pókim jeszcze młoda i do umierania nieskora, blog ten zamilknie na wieki, będzie jasne, że wyszłam z domu, znajomego jak własna kieszeń, i zaginęłam w pipidówkowym zakamarku, gdzie po czasie odnajdzie mnie znajomy znajomego, odprowadzi do Duńskiego, a ten przykuje mnie do telewizora, żebym mogła ćwiczyć pamięć identyfikując identycznych bohaterów serialowej papki.