KLIK, bo kobieta piękna i głos świetny
i jeszcze KLIK, bo powyższe i atmosfera boska
Szast-prast, przegalopował obok nas czas kompulsywnego pucowania, duchowego ucztowania, hedonistycznego delektowania, rozpasanego leniuchowania. Kolejność dowolna, wedle uznania i wyznania.
A u mnie narasta hałas. Gdzieś w tle, w sekcji odpowiedzialnej za planowanie, terkocze maszyna zszywająca gorsze dni. Igła bezładnie wędruje od świtu do zmierzchu i od szarówki do brzasku, gęstym ściegiem przeszywając marszczące się poranki, rozciągające się popołudnia i kurczące się noce. Praca wre. Zanim niezgrabnie przypełznie noworoczny osesek, otulę się ciężką od olbrzymich smutków i wyolbrzymionych smuteczków kołdrą, nasiąknę nieszczęściem, niefartem napęcznieję, utopię się w depresji. A potem urodzę się w czepku o północy, strzepnę zbędny balast materiału, rzucę smutną kołdrę kotom na rozdrapanie, rozwinę skrzydła i wczepię się pazurami w trzy krążące nade mną marzenia. Ich oswojenie i rozłupanie postrzegane jako cud nie do spełnienia przekuję w cel usadowiony na końcu krętej drogi. Nie zniechęci mnie, że drugie i trzecie marzenie - kolejność tym razem nie dowolna, a przemyślana co do literki - od pierwszego są uzależnione, i dlatego marzeniami, a nie zamierzeniami je nazywam. Nic to, rozplotę strach skłębiony w żołądku i, raz po omacku a raz świadomie, będę kluczyła między pachołkami niewiary, ominę kretowiska niemożliwości, wgramolę się na szczyt potencjału i z góry zmierzę nieustraszonym wzrokiem demony niechęci. Upoluję nieznośne szczęście.
i jeszcze KLIK, bo powyższe i atmosfera boska
Szast-prast, przegalopował obok nas czas kompulsywnego pucowania, duchowego ucztowania, hedonistycznego delektowania, rozpasanego leniuchowania. Kolejność dowolna, wedle uznania i wyznania.
A u mnie narasta hałas. Gdzieś w tle, w sekcji odpowiedzialnej za planowanie, terkocze maszyna zszywająca gorsze dni. Igła bezładnie wędruje od świtu do zmierzchu i od szarówki do brzasku, gęstym ściegiem przeszywając marszczące się poranki, rozciągające się popołudnia i kurczące się noce. Praca wre. Zanim niezgrabnie przypełznie noworoczny osesek, otulę się ciężką od olbrzymich smutków i wyolbrzymionych smuteczków kołdrą, nasiąknę nieszczęściem, niefartem napęcznieję, utopię się w depresji. A potem urodzę się w czepku o północy, strzepnę zbędny balast materiału, rzucę smutną kołdrę kotom na rozdrapanie, rozwinę skrzydła i wczepię się pazurami w trzy krążące nade mną marzenia. Ich oswojenie i rozłupanie postrzegane jako cud nie do spełnienia przekuję w cel usadowiony na końcu krętej drogi. Nie zniechęci mnie, że drugie i trzecie marzenie - kolejność tym razem nie dowolna, a przemyślana co do literki - od pierwszego są uzależnione, i dlatego marzeniami, a nie zamierzeniami je nazywam. Nic to, rozplotę strach skłębiony w żołądku i, raz po omacku a raz świadomie, będę kluczyła między pachołkami niewiary, ominę kretowiska niemożliwości, wgramolę się na szczyt potencjału i z góry zmierzę nieustraszonym wzrokiem demony niechęci. Upoluję nieznośne szczęście.
Tak mi dopomóż moja silna wola.