4 sierpnia 2017

...bo tytuł?

Nocą pociągi podróżują tuż pod balkonem, przywożą przerywany sen. Wystawiam stopy spod cienkiego koca, oddychać nie mogą, bo druga czterdzieści siedem nad ranem a już/wciąż nieboski skwar. Składam w myślach zgrabną treść blogowych wrażeń, ulecą skoro tylko zamknę oczy, nie wrócą, choć będą się frustrująco błąkać pod językiem cały kolejny dzień. Tymczasem o trzeciej siedemnaście kołyszę się w zacienionym hamaku przywiązanym do krzywych sosen i choć w nos łaskocze mnie zawzięta mucha, pod powiekami jestem radośnie rozświergotanym ptakiem, wdzieram się do mieszkań przez na oścież otwarte okna, przez wysokotonowe głośniki daję koncert o czwartej dwadzieścia sześć. Dziesięć godzin później przysypiam w palącym słońcu nad basenem ukrytym wśród jurajskich skał. Ktoś ciągnie mnie do wody, dba, bym nie wtopiła się w zmatowioną płytę traw.