Od kilku miesięcy mam w głowie nieznośny sezon ogórkowy. Jakby iściła się przeczytana kiedyś bzdurka, że wraz ze zmniejszającym się tyłkiem kurczy się mózg. Sięgam po antologię krótkiej prozy niemieckojęzycznej, którą kiedyś połknęłabym jednym haustem, a podczas czytania której męczy mnie każda litera, odstręcza każde zdanie. Zdecydowanie częściej przyglądam się wyskakującym mi zewsząd Lewandowskim i Chodakowskim, edukując się wszechstronnie w temacie gwiazdek ubranych w podkolanówki w paski, z których o dziewięćdziesięciu procentach w ogóle nie słyszałam, kilka kojarzę z nazwiska, kilka innych z wyglądu, ale i tak nigdy nie nauczę się kto jest kim w świecie blichtru, co świadczy nie tylko o mojej indolencji, ale i o wrodzonej tępocie. Jak bowiem można nie zapamiętać zjawisk, które są tak wszechobecne i jak dać sobie radę w życiu, kiedy się skupia na tak nieprzynoszących materialnych korzyści sukcesach jak niewiele znaczące wyróżnienie na fotograficznym portalu? Ze zdwojoną uwagą wpatruję się więc w kolorowe obrazki i na ich wzór stroję się w pastelowe barwy, koronki z kokardkami, błękitne rzęsy i bladoróżowe paznokcie. Może przyniesie mi to fortunę, którą roztrwonię na bycie. Na bycie we wszystkich miejscach na świecie. Pomaluję wtedy paznokcie na czarno, zaplotę nieudolnie dobierany warkocz i nigdy więcej nie włożę palca do niezabezpieczonej suszarki, bo włosy będzie suszył mi wiatr.