Pukam do drzwi jakiejś nieuzasadnionej okolicznościami histerii. Drażnią mnie drobiazgi, na które zawsze machałam ręką, które podnosiły ciśnienie na mgnienie oka, a potem odchodziły w siną dal. Zdaję się nie zauważać dobrego, uwypuklam złe. Zapomniane rękawiczki leżą w torebce, marzną mi więc dłonie, kiedy idę przez zielono-bury mieszany las. Tutaj ze spokojem wsłuchuję się w przytłumione odgłosy pipidówki i w grudniowo drzemiący mech. Potrzebuję pobyć z dala od ludzi, bo gdy wśród znanych i lubianych głośno wyrażam potrzebę bycia zaopiekowaną i pocieszoną, patrzą na mnie ze zdziwieniem w oczach: ty przecież nie możesz lądować w dołkach, wszyscy mogą, ale ty w żadnym razie nie. W minioną sobotę byłam w miejscu, w którym ludzie cudem wiążą koniec z końcem i to bycie miało przewartościować mój świat. Tymczasem moje własne myśli, nadęte niczym tokujące ropuchy, bezwzględnie wysuwają się na pierwszy plan. Luźną relację zupełnie nieadekwatnie ochrzciłam imieniem dla mnie najcenniejszym. Zła jestem na siebie. Mam piętnastoletni staż w nienazywaniu istotnych kwestii po imieniu, a dałam się wmanewrować w tak banalnie przewidywalny szajs. Dwa tygodnie bezczynności w pipidówce przyprawiają mnie o sercowe palpitacje. Potrzebuję odpocząć przez rok albo przez sto lat. Rzucić się w wir absorbujących zdarzeń, które odkleiłyby mnie od maleńkich a upierdliwych spraw.
P.S. Dwa dni później mam szczęścia więcej niż sobie uświadamiam.
P.S. Dwa dni później mam szczęścia więcej niż sobie uświadamiam.