14 czerwca 2014

Motyw niespełnionej ucieczki..

Zjadłabym kawałek tego pysznego placka z truskawkami i śmietaną, który sprzedają w świętokrzyskiej piekarni, ale chęć ta koliduje z moimi marzeniami o fruwaniu, więc wcale nie wsiądę na rower i wcale po ciasto nie pojadę. Zresztą, jest i tak za późno: o sobotniej 16.56 wszystkie piekarnie są zamknięte na trzy spusty i nie kuszą. Dupsko mi znów urosło, a koniecznie potrzebuję oderwać się od ziemi, bo czuję się uwięziona w tu i teraz. Nic nowego: mogłabym stanowić niezłą inspirację dla maturzystów rozpracowujących motyw niespełnionej ucieczki. Czasy się zmienią, przekonuje mnie koleżanka, pewnie szczerze podekscytowana faktem, że po dwunastu latach stara władza odchodzi do lamusa, ustępując miejsca od dawna wyczekiwanym zmianom. Wszystko poszło po mojej myśli, powinnam więc podzielać jej entuzjazm i nie móc doczekać się września, tymczasem mnie się marzy rok w Kamerunie, gdzie kopałabym studnie i sprzątała toalety w zapyziałych szpitalach i nie, nie, nie, za nic na świecie nie uczyłabym kameruńskich dzieci, choć koleżanka pieje z zachwytu nad taką właśnie opcją. Wypytałam więc księdza P. o jego ewentualne znajomości w Afryce i nie, w Kamerunie znajomości nie ma, ale jeśli interesowałaby mnie Rwanda, to on może pomóc i mnie na misję wysłać. I tylko mnie ogarnęły wątpliwości, bo gdzież mnie tam misjonarką być z tym diabłem za skórą. Ironizuję z lekka, jednocześnie całkiem poważnie myśląc, że gap year jest dla mnie jedynym zbawieniem. Czytam artykuły o dokarmianiu orangutanów na Sumatrze czy ratowaniu pszczół w Arizonie i wymyślam scenariusz odpoczynku od szkoły. Niemal dwadzieścia lat w jednym miejscu sprawia, że siada mi zrównoważenie psychiczne. Muszę jednak nosić niezłą maskę, bo już któreś dziecię pyta mnie, czy zostanę wicedyrektorem, bo jestem taka pełna pomysłów i energii, i zupełnie po mnie nie widać, że nawet mi się nie chce chcieć.