9 marca 2014

българските спомени..

Zdecydowanie lepiej się wspomnienia przeżywa niż segreguje.

W lotniskowym życiu stresuje mnie tylko mój własny chaos. Że będzie błąd w nazwisku na bilecie, że zgubię dowód, posieję kartę pokładową. Kiedy już przejdę wszystkie bramki, idę wąchać Davidoff Cool Water, pić kawę z mlekiem i gapić się na tłum zagonionych ludzi. A potem już tylko czuję mrowienie w brzuchu, kiedy maszyna odrywa się od ziemi, i widzę blask słońca na skrzydle, i mrówcze wioski w dole, i chmury ukształtowane jak bajka.

Warszawa przy Sofii wygląda jak Nowy Jork, przemknęło mi przez myśl, kiedy opowiadający nam legendę o powstaniu Bułgarii taksówkarz wiózł nas do hotelu. Zadrapania nie chciały się skończyć i cierpłam na myśl o zarezerwowanych na chybił trafił pokojach. Miejsce jednak okazało się całkiem niczego sobie, a po pochmurnej niedzieli słoneczny poniedziałek wyciągnął na światło dzienne cały sofijski urok.

Zazielenione pola, rdzawo-brunatne ugory, zamglone góry, urny pochowane w szafkach zabranych ze szkolnych korytarzy, olbrzymie graffiti na jeszcze większym fabrycznym kominie i trzygodzinna rozmowa z młodymi, roześmianymi i rozśpiewanymi. Niespecjalnie dało się czytać o Nowym Jorku i piątej rano.

Grupę wybrałyśmy niemal bezbłędnie. Chwila nieśmiałości, kilka chwil niepewności, deko przerażenia sytuacją, a potem było zrobione, co miało być zrobione, integracja zaś przebiegała bez większych zgrzytów. Doświadczyłyśmy już szwendania się za nami krok w krok i wystawania pod kawiarnią, kiedy delektowałyśmy się małą białą. Tym razem zdecydowanie obyło się bez trzymania nauczycielskiej spódnicy, kwitła za to polsko-bułgarsko-niemiecko-austriacka współpraca.

Veliko Tarnovo już mnie raz zachwyciło. Kaskadowo spadające ze skał domki robią wrażenie. Zgubiłyśmy się między nimi, klucząc wśród uliczek skręcających to w górę, to w dół. Weszłyśmy na szczyt miasta, namierzyłyśmy tam biedę, zaniedbanie, zatrzęsienie kotów i nieuwiązanego pitbulla na dachu; jeden skok i zagryzłby nas w bułgarskich slumsach. 

Kolekcjonowałam z samozadowoleniem językowe komplementy. Od starszego pana z Kalifornii, który podróżował po Europie, teraz Bułgaria, potem Grecja, w końcu i Polska. I od bułgarskiego ucznia, bo nauczyciele w jego szkole mówią tak sobie, a ja odrobinę wymiatam.

Genialnie byłoby wejść w projekty mobilności Leonardo da Vinci, pozwolić uczniom jechać na dwa czy trzy tygodnie w obce strony, pozwolić im nauczyć się samodzielności, radzenia sobie z byciem z obczyzną i obcym językiem sam na sam. Niestety, nie posiadamy takich długich łańcuchów na szkolnym stanie. Słyszę też już ten lament, że lekcji przepadłoby im tyle, że szok.

Jeszcze tam wrócę. Znów nie dotknęłam ruin na wzgórzu Carewec.