Mam tak jakby adoratora, cholera jasna. Nie dość, że nie jest bogaty i nie jest gejem, czyli nie spełnia żadnego z przedsylwestrowo uzupełnionych nad łososiem na szpinaku kryteriów, to jeszcze woła na mnie Aga. Adorator, co widać po obeznaniu z moim imieniem, jest kapkę naciągany, a jednak entuzjazmem swoim mnie denerwuje, nawet jeśli wiem, że równie gorliwie zaprasza bądź wprasza się na kawę nie tylko do mnie i równie chętnie wysyła nie tylko mnie pięć noworocznych SMSów. Nieszczęście posiadania adoratora wynika najpewniej z faktu, że ważyłam się zrobić wczoraj pranie, a przecież każdy wie, że mokrych ciuchów nie zostawia się na sznurku w nocy ze starego na nowy rok. I absolutnie się mylę, nie wierząc w głupości, bo siostra koleżanki ma rację i już, choć, bo ostrożna jest i losu kusić nie lubi, przesądu na sobie nie wypróbowała, a tylko czytała o nim gdzieś czy też słyszała, sama już nie pamięta. Budząc się jednak w dzisiejszy mglisty poranek, rezonu odrobinę straciłam. Bo a nuż się w nowym okaże, że zmienił się układ gwiazd, a planeta odchyliła od osi i od tej pory wszelkie bzdurne wierzenia będą się spełniać na potęgę, i zostanę z ręką w nocniku, nie mając ani bogacza, ani geja w garści. Bo choć wczorajszy SMS, bynajmniej nie od adoratora, przekonywał mnie, że lepszy gej w garści niż bogacz na dachu, wolałabym dwóch w jednym. Tymczasem na horyzoncie nie widać ni jednego, ni drugiego, ni wymarzonego pakietu tym bardziej, co może nie jest jeszcze sprawką przednoworocznego prania, bo nieszczęście wynikające ze zlekceważenia przesądu pewnie aż tak błyskawicznie w życie nie wchodzi, ale ani chybi jest skutkiem zaniechań wcześniejszych.
Oraz tak jakby w temacie:
