Świat się nie zatrzymuje, kiedy dzieją się rewolucje.
Życie po czterdziestce przyspieszyło gwałtownie, oferując zestaw niegwarantowanych wcześniej atrakcji. Podejmują się decyzje, które już dawno wewnątrz wykiełkowały, zawiązały owoce, dojrzały, a które bałam się wypuścić na zewnątrz, by nie przekształciły się we wściekle ujadające psy. Tymczasem, choć wszystko właśnie wymknęło się spod kontroli, zapanowała względna cisza. Zatrzęsły mi się ręce, pobiłam się z myślami, odpaliłam któregoś papierosa i prowadziłam urywane w pół zdania rozmowy, których miało nie być, bo pewne supły miały się rozplątać samoczynnie, a pewne zależności umrzeć śmiercią naturalną. Płonne nadzieje. Mimo zawirowań, metodycznie odhaczyłam wszystkie plany poprzedniego tygodnia. Szczęśliwie nie miałam czasu odwirowywać przemoczonych emocji i suszyć osobistego nieładu. Zajęta byłam składaniem w całość austriacko-bułgarsko-niemiecko-rodzimego puzzle, którego ostatni element stanie się powodem wtorkowej awantury. Zbroję się w argumenty i mobilizuję sojuszników, nie zamierzam przegrać z czyimś urażonym przeze mnie ego. Teoretycznie powinnam mieć wyrzuty sumienia, a jedynie mam ochotę pokąsać jeszcze raz. Jednocześnie, choć przecież miałam być uosobieniem spokoju, jestem u progu wypowiedzenia wojny tym, którzy widzą w fantastycznych młodych ludziach samo zło. Dzięki nim znów mi się chce, a to niemały cud. Wydrzeć sobie go nie dam. Nie i już.