2 maja 2013

Diabli nadali ten depresyjny maj..

W diabły poszło moje wczorajsze postanowienie zignorowania zaokiennej ponurości, wyjechania poza pipidówkę i zajrzenia w oczy kamiennym posągom. Ranek powitał mnie egipskimi ciemnościami, dalekimi grzmotami i deszczem bębniącym o blaszany dach. Nie czerpię wielkiej przyjemności z ekwilibrystycznych starań robienia zdjęć pod parasolem, czemu dałam wyraz na najpopularniejszym portalu. W zamian otrzymałam psychologicznie abrakadabra, które miało mnie wzmocnić od wewnątrz, a jedynie wewnętrznie zirytowało. Humor poprawia mi jedynie konsekwentna szarość i burość natury, dzięki której nie gryzą mnie wyrzuty sumienia, że nie wsiadłam w poranny pociąg na wschód. Wprawdzie uparcie ostatnio fotografuję wilgoć, płaczący kamień mógłby więc wkomponować się w krąg moich zainteresowań, jednak wizja przemokniętych stóp i przesiąkniętego nosa odstrasza mnie skutecznie. Nienawidzę kataru, a ten wydaje się szczególnie lubić mnie, przez co całkowicie odpadają szaleńcze tańce na łąkach zroszonych poranną rosą. Alergia też sprawy nie ułatwia. Znamienne, że przez 55,2% życia nie byłam uczulona na nic, teraz kicham na wszystko, co wokół. Tak czy inaczej, z katarem czy bez, w każdym wolnej chwili, a tych w tych dniach wyjątkowa obfitość, będę wyczyniała różnorakie tańce - połamańce, które pozwolą mi wyczarować sobotnie i niedzielne słońca, i pojadę wreszcie tam, gdzie jadę od miesiąca, a nie dojeżdżam przez chłód, deszcz czy śnieg. Chętnie, szalenie chętnie, pojechałabym również na Mazowsze i Suwalszczyznę. Zaproszenia dziś otrzymałam, skorzystać mi mało zręcznie. Bynajmniej nie dlatego, że zapraszających kobietek w życiu nie widziałam i jakbyśmy na siebie zareagowały nie wie nikt, ale dlatego, że spontaniczne wydostanie się z pipidówki dla kogoś tak niezmotoryzowanego jak ja wymaga co najmniej dyplomu z logistyki z wyróżnieniem. Tudzież prywatnego jumbo jeta. Póki nie ma takiegoż w hangarze za domem, przykuta jestem do jadących pięć razy dziennie w dwie strony pociągów. I, można rzec, w jedną stronę busa. Siedzę więc murem w domu i wyłączam telewizor, który od niemal tygodnia mówić ani pokazywać nie powinien, a wciąż w tle gra. Wyłączam, bo informują tam o gradobiciu w Będzinie i że nawet kiepskie dni można spędzić twórczo, wyobraźni trzeba jedynie. Ani krzty jej sobie nie zostawiłam, bo podsuwa mi widoki trupów pod dywanem i szkieletów w szafie, klikam więc bezmyślnie w durne gry, słucham deszczu w rynnie, głaskam ślimaka po rogach i wypełniam się trelami skrzydlatego maleństwa zasiadającego na szczycie gruszy. I rozkoszuję się pomysłem dokupienia węgla w kwietniu. Jest jak znalazł na depresyjny maj.