Kolejowy strajk niemal zaprzepaścił łotewskie wojaże. Misternie utkany plan najdogodniejszego dojazdu do stolicy wziął w łeb i musiałam się niemało nagimnastykować, by wydostać się na świat z dechami zabitego pipidówkowego dworca. Peronowy stres, wynikający z istnienia trzech różnych rozkładów jazdy wiszących sobie spokojnie w gablotach, przewyższył nawet obawę, że samotnie przedzierając się przez lotniskowe przeszkody w którymś punkcie postąpię źle.
Minus dziewięć na Łotwie jest zdecydowanie zimniejsze niż minus dziewięć w Polsce. Dwa i pół dnia organoleptycznych doświadczeń czyni ze mnie ekspertkę w tej dziedzinie. Dłonie przestały marznąć dopiero w wełnianych rękawicach, nogi w dwóch parach skarpetek marzły bez ustanku. Równie zimno było w leżącej nad zamarzniętą Dźwiną Rydze, w czasie sanny ośnieżonym lasem, w gondolowej kolejce na wzgórze po drugiej stronie rzeki Gauja i nad skutym lodem Bałtykiem.
Otoczona Austriaczką, trzema Niemcami i łotewską nauczycielką niemieckiego przesiąkłam językiem zza Odry i Nysy. Z moim wszędobylskim angielskim czułam się lingwistycznie upośledzona. Czas zabrać się za naukę niemieckiego, pod który podpięłam sobie nowo wymyślone marzenie. I czas odświeżyć rosyjski, w którym przegadałam kilka godzin podczas uroczystej kolacji, choć umiem w nim powiedzieć pięć poprawnych zdań.
Zdecydowanie chcę pracować w niemieckich szkołach, których dyrektorzy jodłują przy winie. Owszem, przyjmuję możliwość, że na co dzień w pracy są szefami upierdliwymi, wymagającymi i mają muchy w nosie, zafascynowana jednak jestem ich wyluzowaniem poza szkolnymi realiami. Moja dyrekcja nie potrafi wyjść ze sztywnego szablonu, swoim wiecznym naburmuszeniem psując pozaszkolne imprezy sobie i nam. W jej obecności na pewno nie śpiewałabym "Szła dzieweczka do laseczka" całkiem solo.
Oraz zjadłam ślimaka.