8 listopada 2011

Altruistyczna pipka..

Jakbym trochę w kupę wdepnęła. Tłumaczenie skończone, nawet dość przyjemnie szło, choć wrodzone lenistwo, niezapowiedziane katary, nieprzemożone chęci do drzemania i inne takie rzucały tyle kłód pod nogi, że przekroczyłam termin o tydzień. A szkoda. Szkoda, że nie przekroczyłam o miesiąc, o rok, a może nawet, że nie tłumaczyłam zleconego mi tekstu do końca świata, a przynajmniej do emerytury. Nadszedł bowiem moment zapłaty, w którym okazało się, że zwyczajnie głupio mi zedrzeć skórę z kogoś, z kim na co dzień pracuję. Ba, właściwie można by powiedzieć, że choć zaniżyłam koszt dwukrotnie, a wedle niektórych stawek nawet trzykrotnie, i tak głupio mi było chować pieniądze do kieszeni, czego nie omieszkał skrytykować Duński, głośno i dobitnie zresztą. I ma rację: altruistyczna pipka jestem, ot co.

Jednocześnie w związku z tym, że ostatnio rzygam idąc do szkoły - z powodu uczniów, co jest niesłychane - od biedy mogłabym zostać tłumaczem. Przy odpowiedniej liczbie zleceń, nie umarłabym z głodu i chłodu pod mostem. I mogłabym tłumaczyć nocami, żeby mi się nie śniły pulsujące od zbytniego gorąca piece centralnego ogrzewania w moim własnym domu i sinusoidalne trzęsienia ziemi.