Czasem się przydarza coś, czego nie wymyśliłabym nawet zapychając głowę milionem scenariuszy. Gdzieś niedaleko stąd przeniosłam się w wymiar trwającego krócej niż mgnienie oka lewitowania tuż nad powierzchnią desek leśniczówki. Tuż przed snem odtworzę sobie raz na jakiś czas tych kilka gestów, kilka nigdy wcześniej niesłyszanych słów, pozwolę sobie na połechtanie mojej kobiecości, po czym pozwalam dniowi dojść do słusznych wniosków, że to nie ten ktoś i to nie ta sytuacja. Niewiele, prócz przydługich rozmów, urodzi się również z wymiany krótkich wiadomości tekstowych słanych w porach dla mnie zdecydowanie za późnych. Zdecydowałam trzymać się na bezpieczny dystans od klimatów zbyt duńskich. Been there, done that, dziękuję, postoję.
Na dwa tygodnie przed wyjazdem Zakopane miało nas rozpieszczać słońcem i jesienią złotem błyszczącą, na tydzień przed miało nas bezlitośnie smagać deszczem, w końcu powitało nas górami spowitymi mistyczną mgłą. Mogłabym się odizolować od świata na pierwszych dwóch kilometrach Doliny Kościeliskiej, gdzieś między pierwszym a setnym smrekowym kikutem, nie słyszeć nic, nie widzieć więcej nic. Tymczasem pierwszego dnia socjalizowałam się intensywnie z dzieciaczkami moimi i nie do końca moimi, by drugiego dnia na świat patrzeć z perspektywy osy. Ze swojej własnej winy poniekąd, zignorowałam bowiem świętą regułę i zamiast przedwycieczkową noc poświęcić spaniu, poświęciłam ją odwiedzaniu i świętowaniu imienin.
Sandomierz jest za pełen ojca Mateusza. Tutaj stał, tutaj siedział, a tutaj się w nos podrapał. Obawiam się, że nie przepadam za panem Żmijewskim; ojciec Mateusz, jako postać fikcyjna, jest mi całkowicie obojętny. Równie obojętnie podeszłam do informacji udzielanych nam przez panią przewodnik, nużąco opowiadającej nam, że ten budynek powstał 15 lutego 1846 roku o godzinie 13.42, a tamten 27 listopada kolejnego roku pół godziny wcześniej. Moim największym marzeniem było zgubić się z ludźmi, z którymi czuję się dobrze, napić się klasycznego macchiato, zjeść szarlotkę z bitą śmietaną i fileta z suszoną śliwką. I pośmiać się z autokaru, który się w drodze do zepsuł niemal na amen.
Pieski przeniosły się z Francji na wschód. Do Austrii. Nasza, niemiecka i bułgarska młodzież zintegrowała się błyskawicznie, austriackie małolaty na wszystko kręciły nosem, nikomu więc nie przypadły do gustu, bo ciężko jest spędzać czas z nieustannymi malkontentami. Delikatnie krwi nam napsuli, ale zamierzam pamiętać jedynie nasze imiona napisane po arabsku na radzionkowskiej tabliczce, turecki rap na włoszczowskim ognisku oraz zawodzenie po niemiecku tamże, kołysanie łodzi w pięciu stopniach Celsjusza, bo kiedy zamknęłam oczy, było jak na Hawajach srogą zimą, bułgarskie "are you a teacher because you don't exactly look like one" oraz fakt, że na moich osobistych dzieciach mogę w podbramkowych sytuacjach polegać jak za zgrai Zawiszów.
Wreszcie znów weszłam w fazę niemuszenia. Słucham Elli.

Ja Zakopane wspominam kiepsko. Byłam tam raz, w zimę, a śniegu w ogóle. Tylko tak jakoś szaro, buro, bez wyrazu ...
OdpowiedzUsuńBo samo Zakopane w sumie mnie nie czaruje, czarują mnie góry.
UsuńZimą byłam raz, śniegu było wyżej niż po pas, więcej razy nie zamierzam, nie znoszę zimy!
Tak a propos tego niewyglądania jak ticzer, przypomniało mi się:
OdpowiedzUsuńhttps://www.youtube.com/watch?v=gdcY4bC07p0
Znasz? ;)))
Ha, oraz przy okazji dwudniowej (jakie to szczęście!) wycieczki ;))
UsuńNie znałam, dzięki.
Ja w Zakopanem to tylko nad morskim okiem byłam... chętnie bym się tam jeszcze wybrała ;-), a Sandomierz mam prawie pod nosem ;-) ale jak mówisz... Ojca Mateusza, jest w Nim ostatnio zdecydowanie za dużo...
OdpowiedzUsuńprzesyłam gorące pozdrowienia na chłodniejsze wieczory :*
Ja nad Morskim Okiem byłam sto lat temu, w tym roku nie dotarliśmy, bo pogoda była nie wiadomo jaka. Sandomierz za to kojarzył mi się jakoś bardziej romantycznie i mistycznie, a tu... miasto jak miasto. No ale ciekawsze niż pipidówka!
UsuńNie byłam w Sandomierzu, może kiedyś uda mi się odwiedzić.
OdpowiedzUsuńJestem tego pewna :)
UsuńMoi rodzice mieszkali kilka lat we Włoszczowie, choć moja mama zawsze mówiła, że mieszkali we Włoszczowej. Jednak od jakiegoś czasu obowiązuje odmiana rzeczownikowa.
OdpowiedzUsuńNawet mam jakieś zdjęcie rodziców zrobione w tym miasteczku.
Też nachodzi mnie ochota na niemuszenie.
Buziaczki niemuszące, ale chcące.
Z tego, co wiem, lokalnie mówią "we Włoszczowie" (u nas, dwadzieścia kilometrów od Włoszczowy tak mówimy). Podobnie sprawa ma się z Małogoszczem, gdzie mieszkają moi rodzice. Lokalni mówią "w Małogoszczu", przyjezdni kombinują z formą żeńską, czyli "w Małogoszczy".
UsuńBuziaczki raczej średnio lokalne.
Tanyu, akurat w odmianie nazw miejscowych żaden językoznawca nie chce się wypowiadać, bo obowiązuje tzw. uzus społeczny. Z odmianą mojej rodzinnej wioski też są problemy, bo jej nazwa brzmi podobnie jak Włoszczowa.
UsuńAle odmiana nazw miejscowych nie jest ważna, ważniejsze jest, że się rozbijasz po świecie, bo chyba zawsze tego pragnęłaś.
Buziaczki siedzące na miejscu.
To prawda, Aniu: od pewnego czasu dość sporo bywam, dalej i bliżej. Życie po czterdziestce i życie po Duńskim (nie ukrywajmy) służy mi szalenie.
UsuńBuziaczki postkrakowskie (na Targach Książki gościłam w piątek).
Tanyu, najważniejsze, abyś z tym wszystkim czuła się jak najlepiej. Życie ma to do siebie, że różnie się w nim układa.
UsuńBuziaczki pogodne jak dzisiejszy dzień.
Akurat z tymi dwiema kwestiami czuję się najlepiej. Choć pojawiło się małe zamieszanie.
UsuńBuziaczki wciąż pogodne: jesień nas rozpieszcza, oby jak najdłużej!
W sumie po austriakach tego można się było spodziewać. Podejrzewam, że w Szwajcarii też jest podobnie;)
OdpowiedzUsuńJakieś złe doświadczenia?
UsuńKoleżanka była w Szwajcarii, brat jest w Niemczech i po prostu tam ludzie jak płacą to wymagają :) Ja sama osobiście nigdy z ich strony nic złego nie doświadczyłam, ale nie zaskoczyło mnie to :)
UsuńWybredność przenosiła się na wszystko, włącznie z projektowymi zadaniami. Niemcy byli kompletnie inni, bawili się z naszymi w każdej sytuacji. Swoją drogą, najmniej zmanierowany z Austriaków okazał się być syn największej lokalnej szychy, czyli dziecię burmistrza.
UsuńAle najmniej zmanierowany tzn że najbardziej wybrzydzał, czy właśnie najlepiej się bawił|? :D
UsuńNajsympatyczniejszy :)
UsuńZwiedzanie to jest wspaniała sprawa. Już nawet nie bedę mówić , że podróże kształcą, bo to oczywiste , ale przede wszystkim zmieniają sposób myślenia. Serdeczności. Byłaś na filmie "Bogowie"?Podyskutujmy u mnie "na scenie". Zapraszam...
OdpowiedzUsuńSama prawda!
UsuńA filmu jeszcze nie widziałam: niby planuję, ale nie wiem, czy mi się uda. Najwyżej kiedyś na DVD.
Witaj :)
OdpowiedzUsuńZakopane zawsze mile wspominam, mam post na blogu na temat ;)
Do Sandomierza jeszcze nie dotarłam, może kiedyś...
Pozdrawiam cieplutko i życzę miłych, jesiennych kolejnych dni ;)
Na pewno, w końcu Sandomierz to nie koniec świata :)
Usuńmentalnie przenoszę się do tych miejsc. mam nadzieję że jednak Sandomierz to nie tylko ojciec Mateusz. wesoło masz z taką gromadką dzieciaków którzy są do tańca i różańca. i idę obejrzeć zdjęcia.
OdpowiedzUsuńPewnie nie tylko, ale po tym wyjeździe kojarzy mi się głównie z ludźmi, z którymi bywam na co dzień. Ale mam już ponowne zaproszenie: do Sandomierza, Rzeszowa i w Bieszczady, do byłej uczennicy.
UsuńA moi obecni kochani są!
P.S. Zdjęcia na flogu?
nigdy nie byłam w Bieszczadach. a tam pewnie pięknie. nawet wtedy gdy kiedy pogoda nie dopisuje.
UsuńTeż jeszcze nie byłam, więc chyba się dam zaprosić :)
UsuńDomyślam się,że ojciec Mateusz to jakaś postać filmowa,więc dla mnie obcy świat.Sandomierz jest piękny,Zakopane na swój sposób też(zwłaszcza daleko od Krupówek),ale ja wolałabym zwiedzać je samodzielnie,na własną rękę,tudzież z bliskimi ludźmi,z którymi pewnie robiłabym to,co Ty chciałaś:piła kawę,żartowała,dzieliła się wrażeniami.(Wiem,że Ty tak nie mogłaś,to tylko moje dywagacje,zresztą wiesz,jak ja 'kocham' podróże).
OdpowiedzUsuńA moje motto od jakichś dwóch tygodni:'nic nie muszę,wszystko mogę'...Nie wiem,czy to mądre,skoro powtarzam sobie:'nie muszę dziś sprzątać w salonie'(nie cierpię myć salonowych paneli,każdą smugę na nich widać),a zaraz potem:'ale przecież mogę to zrobić'...Najwyższy czas na zmianę motta:)
Tak, to taki ksiądz - detektyw tropiący złych w Sandomierzu :)
UsuńPrawda, zdecydowanie wolę się gubić w różnych miejscach sama albo choć w kameralnym gronie. W Sandomierzu tak kompletnie mogłam, bo byliśmy z nauczycielską, więc nikt mnie do niczego nie przymuszał; w Zakopanem było gorzej, ale i tak wlokłam się dwieście metrów za grupą i wygoniłam do przodu moich panów, którzy stwierdzili, że nie może być, żebym ja tak sama. A przecież nie tylko może, ale i musi! Bo wtedy czar największy.
Jej, żeby mnie takie chwile na sprzątanie dla przyjemności nachodziły...
Aha,kolejny wiarygodny serial-jakim cudem kapłan i do tego zakonnik('ojciec')miałby na to czas i zgodę przełożonych?Coraz bardziej się cieszę z wyrejestrowania tv:)
UsuńNo,przecież mówię:czas na zmianę motta:)Na przykład:'wszystko możesz,ale nic nie musisz':))
To tylko film, Lilu, nie musi być wiarygodny. Tak czy inaczej jednak, szczególnych walorów w nim nie dostrzegłam ;)
UsuńZmiana motta... Wplątałam się w zmianę jednego z moich i średnio wyszło. Przy całej mojej nowoczesności, w niektórych kwestiach do końca życia zostanę dinozaurem.
Kryminalny Sandomierz wolę z kart Miłoszewskiego, też już sfilmowany, ale premiera dopiero w styczniu...
OdpowiedzUsuńMnie góry przywitały mżawką, a przez kolejne dni rozpieszczały słońcem i...ciszą :)
Z kryminałów to ja w sumie lubię tylko CSI, czyli taki trochę science fiction w sumie :)
UsuńMgła w Zakopanem mnie cieszyła. Lubię mgłę. We mgle nawet pipidówka pięknieje.
Niestety nigdy nie byłam ani w Sandomierzu, ani w Zakopanem, ale wiem że jeszcze niejedno przede mną! A Tobie życzę wszystkiego dobrego, ślę moją pozytywną energię i mam nadzieję, że wypoczęłaś!
OdpowiedzUsuńWypoczęłam średnio, ale... ja to lubię taki kociokwik wokół mnie, więc się najpierw wściekam, żem senna, a potem zupełnie nie wspominam i nie żałuję tego braku snu.
UsuńI tak, wszystko przed Tobą!
Uwielbiam czytać Twoje pocztówki po podróżach :)
OdpowiedzUsuńW piątek byłam na krakowskich Targach Książki i mam wspomnienia pijanego królika ;)
UsuńDzięki.
Sandomierz jest ładny, byłam tam jeszcze przed rozpoczęciem kręcenia Ojca Mateusza i naprawdę warto. Później nie wiem, na pewno chcą wykorzystać to do promocji, ale co za dużo to nie zdrowo...
OdpowiedzUsuńA Zakopane jesienią to moje marzenie, w ogóle góry... Złote, mgliste...
Nie zaiskrzyło między nami. Może dlatego, że nie miałam okazji się zgubić. W Zakopanem było mistycznie. A właściwie mistycznie było w górach, bo miasto jak miasto. Mogę jedynie żałować, że przez mgłę nie przebijało się słońce.
UsuńNie byłam nigdy w Zakopanem, ale chciałabym się tam udać. Jednak latem. :)
OdpowiedzUsuńByłam tylko raz na wycieczce z przewodnikiem i mam nadzieję, że takiej katorgi już mi nikt więcej nie zafunduje. Naprawdę ktoś uważa, że się spamięta te daty, te nazwiska? Może i są jacyś przebojowi przewodnicy, którzy wiedzą co człowieka zainteresuje, opowiadają ciekawe, zabawne anegdoty, ale ja się zraziłam. Wolę zwiedzać w inny sposób...
Świetnego przewodnika mieliśmy w Sztolni Czarnego Pstrąga w Tarnowskich Górach (tam, gdzie się łodzie kołysały w pięciu stopniach): płynęliśmy raczej monotonnie wąskim tunelem, ale pan opowiadał tak, że wcale mi się nie dłużyło. Generalnie jednak wolę jak Ty, czyli zgubić się i znaleźć miejsca tylko dla siebie. W Zakopanem mi się udało, choć wokół miałam trzydziestkę dzieciaków, w Sandomierzu nie wyszło, mimo iż przewodniczce uciekliśmy niewielką grupą.
UsuńMiejsca powinniśmy móc kontemplować sami i sobą. Taki mistycyzm prywatny jest nam bardzo potrzebny. Buziak Tanyuśka!
OdpowiedzUsuńZgadzam się, Aguśka. W tłumie zawsze gorzej widzę, gorzej czuję, gorzej pamiętam. Cmok!
UsuńJakaś Ty tajemnicza pod względem tego "ktosia" :)
OdpowiedzUsuńA bo to nic wielkiego. Takie... hmm, okrążanie się. Ale dziś coś napiszę.
UsuńCóż, tak to jest z wycieczkami, podaje się turystom, to co według mieszkańców jest na czasie. A więc serial z panem Żmijewskim.....za którym nawiasem mówiąc i ja nie przepadam. Ale o gustach się nie dyskutuje:)
OdpowiedzUsuńNie dyskutuje się. Dobrze zresztą, że są różne, jednakowość nudzi. A miastu, faktycznie, nie ma się co dziwić: wykorzystuje okazję, pieniądze przydadzą się zawsze.
UsuńPrzyjemnie czas ( i nie tylko) spędzasz.
OdpowiedzUsuńPozdrawiam
Na chwilę przyjemny czas podróżowania się skończył, ale... liczę, że wkrótce do jazd wrócę :)
Usuń