W zoo zwierzęta mają smutne oczy. Tęsknią za intymnością, zielenią i przestrzeniami nie do ogarnięcia. Dostają wysuszone trawniki, cuchnące baseny, miejsca okrojone kratami i tysiące wścibskich oczu. Sama bez pardonu zajrzałam w ich świat. Jak wiele z nich pamięta jeszcze aromat wolności?
W zoo najbardziej fascynują mnie dzikie koty i jaszczury. Pierwsze nieokiełznane, o oczach nieulęknionych i pazurach wdzierających się w ludzki strach; drugie skamieniałe, o duszach pamiętających nieistniejący świat.
Podczas gdy wielu marzy o spokoju zadupia i pipidówkowej ciszy, ja odpoczywam w mieście. Podekscytowana możliwościami, chłonę anonimowy gwar. Wtopiona w niezauważalność, daję się uwieść kafejkom, kinom, wystawom. Brodzę rwącą rzeką ulic unurzana w różnorodności po sam nos.
W tej chwili nie zaprzyjaźniłabym się z Marylin Monroe. Zanadto chimeryczna, zbytnio zapatrzona w siebie, totalnie drażniąca nieposkładaniem, osnuta manierą wielkości podszytej kompletną niepewnością. Kiedyś zrozumiałabym gnębiącą ją przepaść między gwiazdą a niechcianą dziewczynką, teraz nużą mnie rozchwiane przyjaźnie. Kontempluję z zadowoleniem moje dwie trzymające się ziemi. Dwie, które rzadko nazywam przyjaźniami. Unikam słów o wielkim znaczeniu - znaczenie ma to, że były i będą, i są.
Priorytetem w rozmowach stały się drobiazgi. Rutynowe drobnostki, których nie trzeba rozbierać na czynniki pierwsze, moczyć w analitycznym sosie i składać do kupy tysiącem wzorów nieprzystających do rzeczywistości. W niepamięć odeszły nafaszerowane emocjami rozważania, skupiamy się na rozkosznie wyzutej z emocji teraźniejszości nieprzetkanej złudnym snem.
Że niby Dan jest bardziej intrygujący niż Chuck? Że niby bardziej wciąga obserwowanie pozbawionego krwistości, wyrazistości i pazura chłopczyka? W życiu antybohater często przyjmuje postać brutala, z którym nie da się być. W filmie antybohatera można bez ryzyka pokochać, z ekranu nie zejdzie, serca nie poszarpie, przyszłości nie zbruka.
W zoo najbardziej fascynują mnie dzikie koty i jaszczury. Pierwsze nieokiełznane, o oczach nieulęknionych i pazurach wdzierających się w ludzki strach; drugie skamieniałe, o duszach pamiętających nieistniejący świat.
Podczas gdy wielu marzy o spokoju zadupia i pipidówkowej ciszy, ja odpoczywam w mieście. Podekscytowana możliwościami, chłonę anonimowy gwar. Wtopiona w niezauważalność, daję się uwieść kafejkom, kinom, wystawom. Brodzę rwącą rzeką ulic unurzana w różnorodności po sam nos.
W tej chwili nie zaprzyjaźniłabym się z Marylin Monroe. Zanadto chimeryczna, zbytnio zapatrzona w siebie, totalnie drażniąca nieposkładaniem, osnuta manierą wielkości podszytej kompletną niepewnością. Kiedyś zrozumiałabym gnębiącą ją przepaść między gwiazdą a niechcianą dziewczynką, teraz nużą mnie rozchwiane przyjaźnie. Kontempluję z zadowoleniem moje dwie trzymające się ziemi. Dwie, które rzadko nazywam przyjaźniami. Unikam słów o wielkim znaczeniu - znaczenie ma to, że były i będą, i są.
Priorytetem w rozmowach stały się drobiazgi. Rutynowe drobnostki, których nie trzeba rozbierać na czynniki pierwsze, moczyć w analitycznym sosie i składać do kupy tysiącem wzorów nieprzystających do rzeczywistości. W niepamięć odeszły nafaszerowane emocjami rozważania, skupiamy się na rozkosznie wyzutej z emocji teraźniejszości nieprzetkanej złudnym snem.
Że niby Dan jest bardziej intrygujący niż Chuck? Że niby bardziej wciąga obserwowanie pozbawionego krwistości, wyrazistości i pazura chłopczyka? W życiu antybohater często przyjmuje postać brutala, z którym nie da się być. W filmie antybohatera można bez ryzyka pokochać, z ekranu nie zejdzie, serca nie poszarpie, przyszłości nie zbruka.
--
Co to za film z Danem i Chuckiem? znow cos przegapilam
OdpowiedzUsuńAch, nic nie tracisz oglądając, choć ja wsiąkłam w ten niespecjalny serial. Chodzi o "Plotkarę".
OdpowiedzUsuń*nie oglądając
OdpowiedzUsuńJa mam to samo ostatnio, nawet nie chce mi sie rozdrabniac i dyskutowac nad faktami,ktore wcale nie maja znaczenia. Wole rozkoszowac i wtapiac sie w terazniejszosc i poprostu ''byc'' z bliskimi. Moze to kwestia doroslosci? Chociaz nie,napewno nie u wszystkich..
OdpowiedzUsuńA co do zwierzaczkow, fakt,biedne sa,zamkniete wbrew sobie,tlumione w w emocjach swej natury.
co to za miasto ??? gdzie byłaś ?
OdpowiedzUsuńJosno, też nie wydaje mi się, że to kwestia dorosłości. Dojrzałości może prędzej. A może zwyczajnie takiego etapu w życiu, spokojnego i niewymagającego analizowania. Człowiek ma tendencję do analiz, kiedy w nim buzuje.
OdpowiedzUsuńPolly, zwierzakowe zdjęcia są z chorzowskiego zoo, przedostatnie to Rybnik, ostatnie widok z pociągu niedaleko pipidówki.
byłaś w Chorzowie ???? żebym wiedziała to mogłyśmy się spotkać :)))
OdpowiedzUsuńI żebym ja wiedziała, Polluśka: spontan mieliśmy z dnia na dzień :)
OdpowiedzUsuńaha ... no to masz szczęście, że to był spontan :)
OdpowiedzUsuń:) Swoją drogą jak teraz sobie myślę, to ja nawet nie wiedziałam, żeś Ty gdzieś tam umiejscowiona jest.
OdpowiedzUsuńno to już wiesz teraz żem z tego właśnie śląska i okolic ;D
OdpowiedzUsuńW zoo byłam raz wieki temu i pamiętam tylko, że mi się nie podobało. Teraz nie chciałabym pójść, szkoda mi tych zwierzaków z klatek.
OdpowiedzUsuńCzłowiek chyba zwalnia z wiekiem, nie dlatego, że się zmęczył, ale zaczyna doceniać drobiazgi i szczególiki.
Polly, tośmy krajanki, choć ze mnie Ślązaczka kapkę naciągana :)
OdpowiedzUsuńKen G., ja do zoo, tego chorzowskiego, mam sentyment niejaki, bo przypomina mi moje wizyty w parku z nieżyjącą już ciotką. I w sumie samych zwierząt z tego czasu nie mam w pamięci, a właśnie to, że razem tam bywałyśmy, kiedy jeszcze zdrowa była.
A drobiazgi. Chyba kiedyś analizowałam te drobiazgi głównie właśnie. Te same, które teraz mam w poważaniu i dlatego mogę o nich mówić spokojnie.
ja tylko w połowie Ślązaczka bo po ojcu gorolu :]
OdpowiedzUsuńJa zaś w sumie w ogóle, bo w śląskim mieszkam, ale nawet nie blisko Śląska. A rodzice w sumie oboje scyzorykowaci, ja duszą zresztą też :)
OdpowiedzUsuńMam podobne zdanie. A co mnie najbardziej dziwiło, to fakt, że moja Kobietka nawet jako dwuletnie dziecko nie lubiła chodzić do ZOO. My właściwie też nie lubimy.
OdpowiedzUsuńZ kolei ja /jak może pamiętasz/ mam 2w1. Mieszkam w dużym mieście, wielkomiejski gwar mam na przysłowiowe wyciągnięcie ręki, ale nasz dom stoi na obrzeżach owej 'metropolii' i jednocześnie spokojnie mogę powiedzieć, że mieszkam w pipidówku:) I właśnie to mi odpowiada:)
A Marylin? Hmmm... Aktualnie jestem równie chimeryczna, jak ona:) Liczę, że niedługo mi to przejdzie;)
Pozdrawiam ciepło:)
O, a przecież dzieci w zdecydowanej większości uwielbiają zoo.
OdpowiedzUsuńTakie mieszkanie właśnie mi się marzy: na obrzeżach miasta. Nie wiem, czy nie zmieniłabym zdania musząc dzień w dzień dojeżdżać do centrum do pracy, ale pomarzyć sobie mogę, zwłaszcza o mało możliwym :)
Hmm, aż tak jesteś chimeryczna? No, nie wierzę - Ty musisz wstawać na czas do/dla Kobietki :)