KLIK w nastrój bardziej świąteczny niż notka
Mam nad salonem skrzaty. Nocą, kiedy oddaję się sennym marom, spuszczają się na dół po pajęczej lince i robią przemeblowanie. Przykrywają przedmioty znalezionym na mrocznym strychu czarcim ogonem, rankiem zaś zaglądają do salonu przez szparki w suficie, radując się, że człowiek biega jak opętany w poszukiwaniu rzeczy, która jeszcze wczoraj leżała tutaj na pewno, a teraz jak kamień w wodę. Powtórka z fety ma miejsce kolejnego dnia, gdy przywróciwszy nocą poprzedni stan rzeczy, skrzaty patrzą na człowieka stojącego z głupią przecież-wczoraj-na-pewno-w-tym-miejscu-szukałam miną. W głowie też mam skrzaty. Kołtunią myśli, by je zmieść na szufelkę, jak kota spod szafy, i niefrasobliwie wyrzucić do kosza zapomnienia. A mnie ta akurat myśl jest konieczna. A tu jej nie ma. Frrr, odleciała. Wróci, kiedy już potrzebną nie będzie. Wtedy bowiem skrzaty wydobędą ją z kosza, odkurzą, na półeczce przypomnienia równiutko ustawią. Czasem jednak skrzaty mylą się, albo złośliwe są w swoich poczynaniach, i na szafce stawiają myśl, która dawno już przepadła w przepastnych przestworzach pamięci i wcale odświeżania nie oczekiwała. Dlatego człowiek nigdy nie wie, co mu się akurat przypomni. Nie wie też, które wspomnienie mu umknie, choć z całych sił chciałby do niego wrócić, by znów poczuć zapach dawno zapomnianych dni.
Raptem mi się przypomniało, że w dzieciństwie musiałam się kochać w Leninie. Wspomnienie to właściwie nie jest czysto moje, nabyte raczej. Babcia zawsze ze śmiechem mawiała, że jako szkrab jeszcze mowy ludzkiej nieznający, bezbłędnie rozpoznawałam twarz Włodzimierza Ilicza, ożywiając się niezmiennie, nawet gdy chwilę temu męczyła mnie kolka albo wyrzynał mi się dolny siekacz. Psychologicznie na pewno ten aspekt jest intrygujący, bowiem zamiłowanie do wschodnich klimatów pozostało mi do dziś, choć kilkadziesiąt lat minęło jak z bicza strzelił od czasów, w których beztrosko moczyłam pieluszkę, rozdziawiając bezzębną gębulę na widok Lenina, jednak nie w tym kierunku pójdą dzisiejsze rozważania. Pobiegną one raczej w kierunku wspomnień zakurzonych tak, że nawet przypadkiem nie wpadają one do głowy. Takimi wspomnieniami są te świąteczne. Jakby w moim domu nigdy nie było świąt. Owszem, jak przez mgłę pamiętam wypatrywanie pierwszej gwiazdki, siano pod obrusem i ostrzeżenia babci, że grzecznym należy w wigilijny dzień być bardziej niż anielsko, bo jaka Bożego Narodzenia wigilia, taki cały rok, a które dziecko by burę chciało co rusz dostawać za niegrzeczne zachowanie. Odnoszę jednak wrażenie, że wspomnienia owe nie sięgają czasów szczenięctwa, a czasów podlotka raczej, kiedy to już brakowało mi wiary w prezenty wrzucane przez komin, w gwiazdę prowadzącą mędrców, w klękające bydlęta i w świątecznego ducha lewitującego nad wigilijnym stołem. Nie do końca jestem przekonana, że w szczenięctwie było bardziej magicznie. Pamiętam siebie, zaryczaną sześcio - czy siedmiolatkę, zanoszącą się płaczem, bo rodzice bratu zostawili pod choinką wóz strażacki, a mnie lalkę jakąś głupią.
To nie tak, że miałam niedobre święta. Nijakie bardziej, bym rzekła. Niemagiczne, nieurzekające dobrocią, nieprzenikające ciepłem, niepojednujące, niezasypujące przepaści, nieburzące barier. Nie na długo przynajmniej. Dawały raczej namiastkę zgody idealnej. Nie czekałam na nie z zapartym tchem, ale też nie chciałam od nich uciec, schować się na końcu świata, gdzie nie dosięgłaby mnie wymuszona tradycja. Wydaje mi się, że klimat runął wraz z dniem, w którym babcia doszła do wniosku, że szkoda sobie rąk urabiać dla dwóch czy trzech dni wspólnoty, kiedy w dni pozostałe rodzina nie była związana pasemkiem zrozumienia. Każdy miał swój świat, swoje troski, swoje sukcesy, których strzegł zazdrośnie, nie dzieląc się nimi nawet z najbliższymi. Jakby przy wigilijnym stole zasiadały oddzielone oceanem wysepki, które przypadkowy prąd zniósł w jedno miejsce. Za chwilę odbiją się od brzegów sąsiada i podryfują z powrotem w swoje miejsca ulubione, Bo to przy stole ulubionym nie było. A może zwyczajnie innym przypisałam moje odczucia? Odczucia, które, mam nadzieję, nie odbiją się jutro deja-vu-czkawką.
Mam nad salonem skrzaty. Nocą, kiedy oddaję się sennym marom, spuszczają się na dół po pajęczej lince i robią przemeblowanie. Przykrywają przedmioty znalezionym na mrocznym strychu czarcim ogonem, rankiem zaś zaglądają do salonu przez szparki w suficie, radując się, że człowiek biega jak opętany w poszukiwaniu rzeczy, która jeszcze wczoraj leżała tutaj na pewno, a teraz jak kamień w wodę. Powtórka z fety ma miejsce kolejnego dnia, gdy przywróciwszy nocą poprzedni stan rzeczy, skrzaty patrzą na człowieka stojącego z głupią przecież-wczoraj-na-pewno-w-tym-miejscu-szukałam miną. W głowie też mam skrzaty. Kołtunią myśli, by je zmieść na szufelkę, jak kota spod szafy, i niefrasobliwie wyrzucić do kosza zapomnienia. A mnie ta akurat myśl jest konieczna. A tu jej nie ma. Frrr, odleciała. Wróci, kiedy już potrzebną nie będzie. Wtedy bowiem skrzaty wydobędą ją z kosza, odkurzą, na półeczce przypomnienia równiutko ustawią. Czasem jednak skrzaty mylą się, albo złośliwe są w swoich poczynaniach, i na szafce stawiają myśl, która dawno już przepadła w przepastnych przestworzach pamięci i wcale odświeżania nie oczekiwała. Dlatego człowiek nigdy nie wie, co mu się akurat przypomni. Nie wie też, które wspomnienie mu umknie, choć z całych sił chciałby do niego wrócić, by znów poczuć zapach dawno zapomnianych dni.
Raptem mi się przypomniało, że w dzieciństwie musiałam się kochać w Leninie. Wspomnienie to właściwie nie jest czysto moje, nabyte raczej. Babcia zawsze ze śmiechem mawiała, że jako szkrab jeszcze mowy ludzkiej nieznający, bezbłędnie rozpoznawałam twarz Włodzimierza Ilicza, ożywiając się niezmiennie, nawet gdy chwilę temu męczyła mnie kolka albo wyrzynał mi się dolny siekacz. Psychologicznie na pewno ten aspekt jest intrygujący, bowiem zamiłowanie do wschodnich klimatów pozostało mi do dziś, choć kilkadziesiąt lat minęło jak z bicza strzelił od czasów, w których beztrosko moczyłam pieluszkę, rozdziawiając bezzębną gębulę na widok Lenina, jednak nie w tym kierunku pójdą dzisiejsze rozważania. Pobiegną one raczej w kierunku wspomnień zakurzonych tak, że nawet przypadkiem nie wpadają one do głowy. Takimi wspomnieniami są te świąteczne. Jakby w moim domu nigdy nie było świąt. Owszem, jak przez mgłę pamiętam wypatrywanie pierwszej gwiazdki, siano pod obrusem i ostrzeżenia babci, że grzecznym należy w wigilijny dzień być bardziej niż anielsko, bo jaka Bożego Narodzenia wigilia, taki cały rok, a które dziecko by burę chciało co rusz dostawać za niegrzeczne zachowanie. Odnoszę jednak wrażenie, że wspomnienia owe nie sięgają czasów szczenięctwa, a czasów podlotka raczej, kiedy to już brakowało mi wiary w prezenty wrzucane przez komin, w gwiazdę prowadzącą mędrców, w klękające bydlęta i w świątecznego ducha lewitującego nad wigilijnym stołem. Nie do końca jestem przekonana, że w szczenięctwie było bardziej magicznie. Pamiętam siebie, zaryczaną sześcio - czy siedmiolatkę, zanoszącą się płaczem, bo rodzice bratu zostawili pod choinką wóz strażacki, a mnie lalkę jakąś głupią.
To nie tak, że miałam niedobre święta. Nijakie bardziej, bym rzekła. Niemagiczne, nieurzekające dobrocią, nieprzenikające ciepłem, niepojednujące, niezasypujące przepaści, nieburzące barier. Nie na długo przynajmniej. Dawały raczej namiastkę zgody idealnej. Nie czekałam na nie z zapartym tchem, ale też nie chciałam od nich uciec, schować się na końcu świata, gdzie nie dosięgłaby mnie wymuszona tradycja. Wydaje mi się, że klimat runął wraz z dniem, w którym babcia doszła do wniosku, że szkoda sobie rąk urabiać dla dwóch czy trzech dni wspólnoty, kiedy w dni pozostałe rodzina nie była związana pasemkiem zrozumienia. Każdy miał swój świat, swoje troski, swoje sukcesy, których strzegł zazdrośnie, nie dzieląc się nimi nawet z najbliższymi. Jakby przy wigilijnym stole zasiadały oddzielone oceanem wysepki, które przypadkowy prąd zniósł w jedno miejsce. Za chwilę odbiją się od brzegów sąsiada i podryfują z powrotem w swoje miejsca ulubione, Bo to przy stole ulubionym nie było. A może zwyczajnie innym przypisałam moje odczucia? Odczucia, które, mam nadzieję, nie odbiją się jutro deja-vu-czkawką.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz