Płakałaś, młoda osóbko. Już dobrze, dobrze, młoda osóbko. Wszystko to jest błazenadą, to tylko kolory, tylko smutek, ale to przechodzi, rozumiesz, no właśnie: to przechodzi. Dobrze jest płakać, jedynie to, młoda osóbko.
(Klaus Mann "Przygody narzeczeńskiej pary")
Pachnie gorącem i odcięciem się od poprzednich tygodni. Tymczasem wyrzucam z siebie to, co wpięło się w nerwy w piątek, czekam na kolejne pytania (szczegóły w poprzedniej notce) i, póki jeszcze grają, polecam przypadkowo obejrzany "Połów szczęścia w Jemenie".
--
"Nie syp tyle tej kawy, bo ci serce stanie i nie dopracujesz do sześćdziesięciu siedmiu", rzuciła do mnie koleżanka, kiedy po kolejnej przepychance z górą mój, pardon, wkurw sięgnął zenitu. Wydaje się, że nie jesteśmy w stanie wypracować porozumienia, więc powinnam przyjąć gremialnie prezentowaną postawę niewypowiadania się jawnie i stać się korytarzowym odważniakiem. Może i nie będę wtedy z siebie szczególnie dumna, ale powyższa postawa zapobieże emocjonalnemu wypraniu i umożliwi wieczory niewyrwane ze spokojności. Powinnam być już uodporniona na wszelkie tarcia, są one bowiem na porządku dziennym od dłuższego czasu, jednak wciąż nie potrafię zdzierżyć niejasnych sytuacji i lecę je wyjaśniać, co jedynie problem zaognia, bo do czynienia mam z alfą i omegą, a te pozytywnie kojarzę jedynie z Oplem i Romeo. Ponadto, kiedy spojrzy się na mój zawodowy życiorys, postawiony mi ostatnio zarzut trąci śmiesznością. Oto ktoś, kto ostatni miesiąc poświęcił na realizowanie swoich wprawdzie z pracą związanych, ale mocno prywatnych ambicji oskarżycielskim tonem mówi mi, że przedkładam kwestie prywatne nad zawodowe. Owszem, nie ma w tym stwierdzeniu ani krzty kłamstwa, bo życie pozaszkolne jest dla mnie priorytetem, jednak nie sądzę, by było w tym cokolwiek niestosownego. Inna rzecz, że góra dwa miesiące temu ta sama osoba poradziła mi, by się mniej spalała, mniej angażowała emocjonalnie. Poza tym, nie dalej jak w zeszłym roku zostałam posądzona o pracoholizm, wolałabym więc, by moje otoczenie ustaliło jedną wersję, bo kiedy już przyjdzie mój czas, wolę rozstać się ze światem z powodu nadmiaru kofeiny, a nie wskutek pomieszania z poplątaniem.
(Klaus Mann "Przygody narzeczeńskiej pary")
Pachnie gorącem i odcięciem się od poprzednich tygodni. Tymczasem wyrzucam z siebie to, co wpięło się w nerwy w piątek, czekam na kolejne pytania (szczegóły w poprzedniej notce) i, póki jeszcze grają, polecam przypadkowo obejrzany "Połów szczęścia w Jemenie".
--
"Nie syp tyle tej kawy, bo ci serce stanie i nie dopracujesz do sześćdziesięciu siedmiu", rzuciła do mnie koleżanka, kiedy po kolejnej przepychance z górą mój, pardon, wkurw sięgnął zenitu. Wydaje się, że nie jesteśmy w stanie wypracować porozumienia, więc powinnam przyjąć gremialnie prezentowaną postawę niewypowiadania się jawnie i stać się korytarzowym odważniakiem. Może i nie będę wtedy z siebie szczególnie dumna, ale powyższa postawa zapobieże emocjonalnemu wypraniu i umożliwi wieczory niewyrwane ze spokojności. Powinnam być już uodporniona na wszelkie tarcia, są one bowiem na porządku dziennym od dłuższego czasu, jednak wciąż nie potrafię zdzierżyć niejasnych sytuacji i lecę je wyjaśniać, co jedynie problem zaognia, bo do czynienia mam z alfą i omegą, a te pozytywnie kojarzę jedynie z Oplem i Romeo. Ponadto, kiedy spojrzy się na mój zawodowy życiorys, postawiony mi ostatnio zarzut trąci śmiesznością. Oto ktoś, kto ostatni miesiąc poświęcił na realizowanie swoich wprawdzie z pracą związanych, ale mocno prywatnych ambicji oskarżycielskim tonem mówi mi, że przedkładam kwestie prywatne nad zawodowe. Owszem, nie ma w tym stwierdzeniu ani krzty kłamstwa, bo życie pozaszkolne jest dla mnie priorytetem, jednak nie sądzę, by było w tym cokolwiek niestosownego. Inna rzecz, że góra dwa miesiące temu ta sama osoba poradziła mi, by się mniej spalała, mniej angażowała emocjonalnie. Poza tym, nie dalej jak w zeszłym roku zostałam posądzona o pracoholizm, wolałabym więc, by moje otoczenie ustaliło jedną wersję, bo kiedy już przyjdzie mój czas, wolę rozstać się ze światem z powodu nadmiaru kofeiny, a nie wskutek pomieszania z poplątaniem.
Do wyrw w spokojności jednak przyzwyczaić się muszę, za pasem bowiem maj, a za winklem lipiec - wyłączając wrzesień, miesiące największego niepokoju. I największych wyłomów w uwielbianym lenistwie, w ukochanej niespieszności. Nagle trzeba będzie nabrać maksimum wigoru, wypełnić się szczelnie zawodowym rozmachem, by wypełnić maturalne i rekrutacyjne obowiązki. Pierwsze pewnie jednak zdających mocniej wypalą emocjonalnie, tym bardziej, że własnych maturzystów w tym roku praktycznie nie posiadam; drugie jednak postrzegam jako drogę przez mękę: wyjątkowo w tym roku jestem ich wykonywaniu niechętna. Góra powinna skorzystać z okazji i przyjąć moją dymisję z szefowania, skoro tak wnikliwie zaobserwowała moje marne w pracę zaangażowanie. Mimo nieporozumień, będziemy się jednak musiały jeszcze przez co najmniej rok znosić, oszczędzone mi bowiem zostały zeszłotygodniowe wyrwy spodziewanych i niespodziewanych zwolnień i ograniczeń etatu. Nie sposób jednak uniknąć poparzenia buzującymi wokół nich emocjami, w które czasem zostaję wplątana, wysłuchując argumentów, z których każdy mocniejszy od poprzedniego, a wszystkie naszpikowane żalem i strachem przez utratą pracy. Rozumiem te obawy, bo bezrobocie znam od podszewki; rozumiem rozżalenie, bo kwietniem częściowo rządzą fanaberie królika. Jednocześnie ze zdumieniem patrzę na zdziwienie niektórych: ciężkie chwile majaczyły na horyzoncie od co najmniej dwóch lat. A teraz na moich barkach spoczywa częściowa odpowiedzialność za cudze być lub nie być. Tak jest od ładnych kilku lat, nigdy przedtem jednak nie było mi z tym tak źle.
--
a propos...
--
a propos...
