KLIK w coś, czym z czasem staje się Monika
Monika i Maurycy*. Maurycy i Monika. Przez dwadzieścia dwa lata odmieniani przez wszystkie przypadki, zlepieni w jedno, połączeni systemem poświęceń i wyborów, uzupełnieni dwiema córkami, z których każda ma teraz swoje życie, jedna pachnące domem, mężem, dziećmi i obiadami o stałej porze, druga ziejące dystansem, pracoholizmem, niezależnością, nieprzekonującym szczęściem. Dwadzieścia dwa lata idylli, misternie zbudowanej w umyśle kobiety, dla której nie ma świata poza mężczyzną. On, nośnik całości kobiecego szczęścia, które miało trwać w nieskończoność, a skończyło się tak raptownie, bez zapowiedzi, bez wcześniejszych podejrzeń. I tak banalnie. Ot, pojawiła się inna kobieta, diametralnie różna od Moniki: drapieżna, wyzywająca, szczebiocząca, niestworzona do stałego związku, wyrachowana, dla Maurycego wyjątkowa. Jednocześnie niepowtarzalna jest też Monika, dlatego Maurycy cierpi niewymownie, snując życie wokół żony i kochanki.
Zachowanie Moniki, studium jej rozpaczy i nadziei, wczepianie się w każde cieplejsze słowo Maurycego, każde jego milsze spojrzenie, każdy przyjazny gest, drażni mnie niepomiernie. Uciska moją podświadomość, przypomina przeszłość, kłuje świadomością, że mogłabym znów zachować się podobnie, że powieliłabym każdy błąd Moniki: zakleszczyłabym się w nadziei, uczepiła uzależnienia od osobistego Maurycego, każdą myśl snuła wokół wcześniej niedostrzeganych dróg prowadzących ku niepowodzeniu. Drażni mnie obawa, że mogłabym równie mocno pogrążyć się w rozpamiętywaniu, analizowaniu, lęku przed może nie tyle samotnością, co samodzielnością. Siedem lat temu nauczyłam się, że z porażką da się żyć, że istnienie nie jest osnute jedynie wokół tego kogoś, że on nie powinien przesłaniać świata ani całym tym światem być, a jednak drzemie we mnie maleńki strach, że w razie gdyby, nauka pójdzie w las.
Mam jednak przewagę nad Moniką: poza Duńskim, posiadam swój odrębny świat, gdzie realizuję pozazwiązkowe potrzeby. Nie zrezygnowałabym z niego za nic. Nie jestem stworzona ani do całodziennego krzątania się po domu, ani do leżenia i pachnienia, podczas gdy mężczyzna utrzymuje dom. Pamiętam, jak Duński rozmarzony wspomniał, że gdy on będzie zarabiał miliony, ja zagnieżdżę się w domu, a on zapewni mi dostatni byt. Żachnęłam się wtedy, znudziłby mi się taki schemat, zgorzkniałabym, zapadła się w sobie. Wiem, są kobiety spełniające się w takim układzie - to, że mnie on nie odpowiada nie znaczy, że jest z założenia zły, zastanawiam się jednak, co zadzieje się, kiedy Maurycy zostawi Monikę na pastwę samodzielności? Samotną, kiedy ona potrafi być tylko żoną?
Nie chcę być złym prorokiem, życzę im wszak jak najlepiej i chciałabym się mylić, ale mam nieodparte wrażenie, że w weekend idę na ślub Moniki z... Nie, nie z Maurycym. Maurycy jest w gruncie rzeczy inteligentnym facetem. On rozegrał swoja partię znakomicie: rozsypał Monikę tak sprawnie żonglując jej emocjami, że wmówił jej, iż rozpadła się sama z siebie, na własne życzenie. Więc nie, moja Monika nie wychodzi za Maurycego, wychodzi za jego marną podróbkę. Czy to jednak ważne, że to nie oryginał, a Maurycy-made-in-China rozsypie moją Monikę? Nie, zupełnie nie ma to znaczenia. Podrobiony Maurycy może nawet Moniki nie zostawi dla innej, ale gdzieś mi w głowi dudni, że zostawi ją samej sobie, a samotność we dwoje jest perfidna jak żadna inna. A podrobiony Maurycy przeszłość ma taką, że ja uciekałabym, gdzie pieprze rośnie.
Kurczę, z bierzmowania mam Monika.
Zachowanie Moniki, studium jej rozpaczy i nadziei, wczepianie się w każde cieplejsze słowo Maurycego, każde jego milsze spojrzenie, każdy przyjazny gest, drażni mnie niepomiernie. Uciska moją podświadomość, przypomina przeszłość, kłuje świadomością, że mogłabym znów zachować się podobnie, że powieliłabym każdy błąd Moniki: zakleszczyłabym się w nadziei, uczepiła uzależnienia od osobistego Maurycego, każdą myśl snuła wokół wcześniej niedostrzeganych dróg prowadzących ku niepowodzeniu. Drażni mnie obawa, że mogłabym równie mocno pogrążyć się w rozpamiętywaniu, analizowaniu, lęku przed może nie tyle samotnością, co samodzielnością. Siedem lat temu nauczyłam się, że z porażką da się żyć, że istnienie nie jest osnute jedynie wokół tego kogoś, że on nie powinien przesłaniać świata ani całym tym światem być, a jednak drzemie we mnie maleńki strach, że w razie gdyby, nauka pójdzie w las.
Mam jednak przewagę nad Moniką: poza Duńskim, posiadam swój odrębny świat, gdzie realizuję pozazwiązkowe potrzeby. Nie zrezygnowałabym z niego za nic. Nie jestem stworzona ani do całodziennego krzątania się po domu, ani do leżenia i pachnienia, podczas gdy mężczyzna utrzymuje dom. Pamiętam, jak Duński rozmarzony wspomniał, że gdy on będzie zarabiał miliony, ja zagnieżdżę się w domu, a on zapewni mi dostatni byt. Żachnęłam się wtedy, znudziłby mi się taki schemat, zgorzkniałabym, zapadła się w sobie. Wiem, są kobiety spełniające się w takim układzie - to, że mnie on nie odpowiada nie znaczy, że jest z założenia zły, zastanawiam się jednak, co zadzieje się, kiedy Maurycy zostawi Monikę na pastwę samodzielności? Samotną, kiedy ona potrafi być tylko żoną?
Nie chcę być złym prorokiem, życzę im wszak jak najlepiej i chciałabym się mylić, ale mam nieodparte wrażenie, że w weekend idę na ślub Moniki z... Nie, nie z Maurycym. Maurycy jest w gruncie rzeczy inteligentnym facetem. On rozegrał swoja partię znakomicie: rozsypał Monikę tak sprawnie żonglując jej emocjami, że wmówił jej, iż rozpadła się sama z siebie, na własne życzenie. Więc nie, moja Monika nie wychodzi za Maurycego, wychodzi za jego marną podróbkę. Czy to jednak ważne, że to nie oryginał, a Maurycy-made-in-China rozsypie moją Monikę? Nie, zupełnie nie ma to znaczenia. Podrobiony Maurycy może nawet Moniki nie zostawi dla innej, ale gdzieś mi w głowi dudni, że zostawi ją samej sobie, a samotność we dwoje jest perfidna jak żadna inna. A podrobiony Maurycy przeszłość ma taką, że ja uciekałabym, gdzie pieprze rośnie.
Kurczę, z bierzmowania mam Monika.
*bohaterowie minipowieści Simone de Beauvoir "Kobieta zawiedziona"