26 lutego 2011

Bułgaria, czyli było mi rozkosznie niesamotnie..

KLIK z sieci, bo nie mogę wgrać filmu

Sofia jest brzydka. Brzydką i brzydko nam ją pokazano, zabierając nas na nieplanowany sightseeing deja vu tour 'three streets in two hours', co, mimo znużenia, wywołało niekłamany entuzjazm wśród wszystkich i na pewno ten moment, a nie żaden spośród wzniosłych i pięknych, stanie się najbardziej charakterystycznym wspomnieniem. Sofia w błąd wprowadza, nie ma tam bowiem ani grama śniegu, choć jeszcze pięć kilometrów przed jej granicami świerki są obwieszone śnieżnymi czapami sięgającymi ziemi. Sofia nas okradła, wydając nas w ręce złodziejskich taksówkarzy, fundujących nam kolejną wycieczkę wokół miasta, trasami okrężnymi i niepotrzebnymi; taksówkarzy, którzy świetnie mówili po rosyjsku w czasie jazdy, zupełnie zapominając tejże mowy, kiedy przyszło do wyjaśniania "nieporozumienia". Urok miejsca.

Za to Veliko Turnovo jest prześlicznie malownicze ze swoimi domkami kaskadowo przylepionymi do skalistych zboczy trzech wzgórz, Tsarevets, Trapezitsa i Sveta Gora. Domki rozwieszone są niczym jaskółcze gniazda, wiele wiekowych, niesolidnych, z odłamanymi gzymsami i pokruszonymi podmurówkami, wyglądają jakby za chwilę miały złożyć się niczym budowle z kart i runąć do rzeki Yantra. Domki zwisają nad krętymi, wąziutkimi, wybrukowanymi uliczkami, wśród których cudownie jest się zgubić, rozkoszując się nieuniknionym zawrotem głowy pojawiającym się, czy patrzy się w górę, czy spogląda w dół.

Najgorzej jest mieszkać w piwnicy i nie mieć okien. Przyplątuje się wtedy klaustrofobiczny niepokój, a w nas narasta panika i chęć wyrwania się, ucieczki spod ziemi. Irracjonalne jest uczucie, kiedy człowiek stoi przed hotelem wyrastającym na cztery piętra wzwyż, a w windzie okazuje się, że część pokoi znajduje się na poziomach minusowych. Jeszcze bardziej abstrakcyjne doznanie pojawia się, gdy okazuje się, iż restauracja umieszczona w hotelowych podziemiach jednak posiada okna, balkony, tarasy i można wyjść i wyjrzeć, i panoramę miasta podziwiać, bo hotel z jednej strony posiada pięć kondygnacji, od strony drugiej ma ich dwanaście.

Najfajniej jest wieczorami siedzieć w uśmiechniętym towarzystwie, rozmawiać w kilku językach, pić czerwone wytrawne wino, a potem tańczyć do upadłego przy międzynarodowej muzyce w ogóle nie przejmując się tym, że chwilę wcześniej bułgarskie dziewczęta zaprezentowały taniec z krokami tak skomplikowanymi, że laikowi nie sposób dopatrzeć się w nich żadnego logicznego porządku. Pięknie jest patrzeć na młodzież niekrzywiącą się na widok tańca ludowego, doceniającą wagę kultury narodowej, tradycji sięgającej korzeniami dawnych wieków.

Dlatego rozczarowana byłam nadmiarem czasu wolnego, przeznaczonego na kupowanie lokalnych pierdół, które w pierwszych tygodniach będą stanowić naładowaną emocjami pamiątkę, by za czas niedługi zmienić się w zbieracze kurzu, które przestawia się w kąta w kąt, by wyrzucić, kiedy skończy się przypisana im dawka sentymentu. I choć sama przywiozłam drewnianego kota, który stanie się zaczątkiem nowej kolekcji, i kilka martenic, czyli czerwono-białych, włóczkowych amuletów, dawanych przyjaciołom 1 marca, noszonych do czasu pojawienia się pierwszych oznak wiosny, a następnie po wyszeptaniu marzenia wieszanych na drzewie (taką wersję podała nam nasza bułgarska gospodyni, w Internecie napisano, że amulety wiesza się na drzewie, chowa pod kamień bądź wrzuca do rzeki, by w ten sposób pozbyć się czyhającego na nas zła); i choć pewnie jeszcze długo będę żałowała, że nie kupiłam przepięknie malowanego wazonu, który nawet owinięty we wszystkie ciuchy mógłby pęknąć w walizce nieuważne wrzuconej do samolotowego luku bagażowego, najbardziej żałuję, że nie zobaczyliśmy widocznego z hotelowego okna muzeum sztuki, ani górującego nad miastem zamku. Namiastkę piękna mieliśmy podziwiając "Sound and Light Show" (tutaj i tutaj), ja jednak wolę mniej dramatycznie pokazane miejsca.

Są uczniowie, z którymi rozmowa toczy się lekka jak piórko, wartko gna między tematami, skrzy się szczerością, nie tchnie znudzeniem. Wybór panów na ten wyjazd był strzałem w dziesiątkę, ale nawet fakt, że się projektowo sprawdzili jest nie w stanie zatrzeć mojego niesmaku wywołanego przez delikatnie rasistowskie, ale jednak, żarty jednego z nich. Nie o tym jednak będę się starała pamiętać, a o tym, że obaj wypadli doskonale podczas symulacji job interview, kwalifikując się do najlepszej siódemki spośród dziewiętnastu uczestników. Miło było potem usłyszeć, że są nieźli językowo, choć tylko jednego z nich uczę, drugi jednak wziął sobie do serca dane mu przed rozmową rady. Ten właśnie wyrośnie kiedyś na fantastycznego faceta, mądrego, życiowo przytomnego, a jednocześnie nieunikającego zabawy i toczącego rozmowy w klimacie opisanym powyżej. Faceta do tańca i do różańca.

Wciąż intensywnie mnie zachwyca, że ważący kilkadziesiąt ton kolos lekko odrywa się od ziemi i bez wysiłku szybuje kilka tysięcy kilometrów, ponad chmurami, w których grubej bieli porobiły się wyrwy, dzięki czemu czułam się niczym anioł zaglądający ludziom w okna. Wymarznięta w bułgarskim nieprzyjaznym specjalnie dla nas klimacie (zwykle o tej porze nie ma już tam śniegu po pas, a są przyjemnie ciepłe stopnie na plusie), wystawiałam twarz do parzącego przez samolotowe okienko słońca, mrużyłam oczy wpatrując się w blask promieni na samolotowym skrzydle i myślałam sobie, że mogłabym tak lecieć na koniec świata i o kilometr dalej.