Mówią, że nie ma głupich pytań, są jedynie mało mądre odpowiedzi, a jednak rzucone kiedyś z głupia frant pytanie osiemnastolatka, czy jeśli on, facet pełnoletni, chciałby sobie iść na wagary, a pani na portierni wypuścić go ze szkoły nie chce, znaczy to, że jest w budynku nieprawnie przetrzymywany i może zrobić z tego aferę na cztery fajery, zapachniało mi wydumaniem, ale nie rozsądkiem. Niemniej czas pokazał, że cieszyć się należy z każdej formy nawiązania kontaktu z nauczycielem, bo może przyjść chwila, w której żadne dziecię nie tylko nie zada sobie trudu, by zapytać, ale też nie wysili się, by padła odpowiedź na moje pytanie. Wczoraj każde z moich pytań, łatwych i zdawałoby się przyjemnych, uczciliśmy minutą ciszy i pewnie czcilibyśmy je przez kolejnych kilkadziesiąt minut, gdyby nie moja wrodzona upierdliwość. Kroczek po kroczku doszliśmy do właściwych odpowiedzi, ale i tak od rana czułam dziś dreszcz zniechęcenia na myśl, że za chwilę czeka mnie powtórka z rozrywki w innej klasie. Teoretycznie słabszej, mniej wiedzącej, w praktyce mile czasem mnie zaskakującej. Znaczy, poszło niemal jak z płatka. Lubię dostawać prawidłowe odpowiedzi na moje pytania, wiadomo, lubię też, kiedy odpowiedź jest mylna, nie mylić z głupawą, bo choć daleko jej do prawidłowości, świadczy o poszukiwaniu, o niespaniu, niemyśleniu o niebieskich migdałach. Drogą pytań naprowadzających zawsze można dokopać się do sedna. Nie lubię nieznośnie upartego milczenia, niechęci do pokombinowania, pogrzebania w pamięci, w wiedzy, w umiejętnościach, skojarzeniach. Cierpnę, gdy na moje zagajenie, czy coś jeszcze mogłabym dodać, wyjaśnić, szerzej omówić, z sali pada radosne my jesteśmy grzeczne dzieci, nie zadajemy pytań. A przecież ich niezadawanie jest grzechem zaniechania. Grzechem, który niejednokrotnie sama popełniam. Wyrósłszy w przekonaniu, że lepiej samemu dociec niż swoim pytaniem wyjść na ignorantkę, zapominam, że ignorancją jest odepchnięcie szansy uzyskania odpowiedzi na nurtujące nas pytanie od kogoś, kto zna na nie najlepszą, czy też jedną z pełniejszych, odpowiedzi. Istnieje jednak również druga strona medalu, kiedy zadajemy pytanie w dobrej wierze, oczekując rzetelnej odpowiedzi, albo przynajmniej ukierunkowania w jej odnajdywaniu, tymczasem traktowani jesteśmy jak powietrze bądź jak natręt, na którego należy spojrzeć z góry i uświadomić, że jego pytanie nie jest wynikiem chęci poszerzenia horyzontów, a bierze się z tyciej inteligencji czy bycia na niższym szczeblu rozwoju intelektualnego. Można spróbować machnąć na tych wyniosłych ręką, ale zawsze pozostaje w nas ziarenko żalu, że zadaliśmy niewinne pytanie, a dostaliśmy w zamian grudką błota. Dlatego też, choć czasem budzą się we mnie chęci złośliwego wyśmiania luk w uczniowskim niemyśleniu, przypominam sobie wszystkie błotne grudy, którymi sama zostałam zbombardowana i wszystkie moje przebłyski niemyślenia, i z przemiłym uśmiechem i wygładzoną ironią informuję zadziornego osiemnastolatka, że zawsze możemy w ramach eksperymentu wezwać policję, poskarżyć się na nieugiętą panią na portierni, a pan policjant na pewno powie, że maltretowane w szkole dziecko może spokojnie iść na wagary i niedobrą szkołą głowy sobie nie zaprzątać. Swoją drogą nie macie wrażenia, że czasem nieudzielanie odpowiedzi, a zignorowanie pytania zahacza o leczenie własnego kompleksu niższości poprzez pokazanie własnej wyższości w niezniżaniu się do odpowiedzi na głupie pytania? Których nie ma.
Przy okazji..
